piątek, 31 października 2014

Szymon Hołownia - "Ludzie na walizkach"

Choć ostatnio moja czytelnicza passa nieco się poprawiła, tj. świadomie lub nie sięgam po teksty, które w jakiś sposób dają mi sporo satysfakcji, stan ten nie mógł trwać wiecznie. W przypadku książki Szymona Hołowni potwierdziła się zasada, że im mniej oczekiwań, tym lepiej. Autora kojarzę bardzo dobrze, można powiedzieć, że lubię go i cenię naprawdę mocno. W wielu przypadkach odpowiada mi jego rozumienie wiary i sposób wyrażania myśli. Mam wszystkie jego książki, sporą część czytałam i zawsze byłam, jeśli nie zachwycona, to przynajmniej pod dużym wrażeniem. Co się zatem stało w przypadku Ludzi na walizkach? Otóż moim zdaniem tekst jest mocno przereklamowany.

„Ludzie na walizkach” to zbiór rozmów Szymona Hołowni z osobami, które choroba, nieszczęśliwy wypadek albo los doprowadziły na granicę życia i śmierci.[z opisu okładkowego]

To nie do końca prawda. Tak podany opis okładkowy może być mylący w tym sensie, że czytelnik może spodziewać się ciekawych i inspirujących historii. Tymczasem książka jest zbiorem dialogów naprawdę z różnymi ludźmi i nie wszyscy spośród nich są bezpośrednimi odbiorcami trudnych sytuacji. Obok tych, którzy doświadczyli utraty czy choroby kogoś bliskiego lub własnej, sporo jest tu rozmów chociażby z lekarzami. Choć ciekawe, prezentują się one marnie i nijako na tle przejmujących świadectw dawanych przez innych uczestników opowieści.

W moim odczuciu tekstom brak też wnikliwości – na objętości niewielkiej, bo ledwie 148 stron, mamy zapis aż 9 rozmów; swoje dokładają też spore marginesy i czcionka. Mówiąc wprost – tekstu nie jest tu za wiele. Skutkiem tego wywiady, które – jestem pewna – mogłyby być naprawdę szczegółowe, są zbyt powierzchowne. W wielu przypadkach sprawę pogarsza sam autor zadający tendencyjne pytania i powtarzający po wielokroć te same tematy i argumenty. Nie wiem, czy Szymon Hołownia dopracował swój warsztat do czasu kolejnych tekstów, z którymi miałam przyjemność się zapoznać, ale w rozmowach z ludźmi zdradzającymi choć cień racjonalizmu staje się mało profesjonalny.

Trzeba jednak przyznać, że kilka spośród rozmów to prawdziwe perełki. Cudowna jest ta z Krzysztofem Kolbergerem, Ludzie wierzą. Ja czekam, w której aktor ujawnia niezwykłe wręcz pokłady siły i gotowości do działania, tak wielkie mimo siedemnastoletniej walki z rakiem. Drugim literackim cudem jest tekst Szczyt za mgłą – autentyczny, przejmujący i chwytający za serce. To właśnie dla takich opowieści warto było po tę książkę sięgnąć i brnąć przez to, co przeciętne. W odniesieniu do całości prezentują się one jeszcze lepiej.

Jak wspomniałam na początku – w moim odczuciu tekst jest przereklamowany. A może to mnie ciężko zainspirować? Tak czy inaczej trzeba mi czegoś więcej niż tylko suchego stwierdzenia „daję radę”, bym opowieść mogła odnieść do siebie i coś z niej wyciągnąć. Niestety w tym przypadku okrojone wydanie i brak wnikliwości mocno dały mi się we znaki, a swoje dołożył też bardzo rzucający się w oczy brak profesjonalizmu ze strony autora. Wszystko razem sprawia, że tekst odbieram jedynie jako przeciętny i czuję się zawiedziona. Oczekiwania to jednak zło.