piątek, 10 października 2014

Przemysław Koza - "Śpij, malutka"

Józef Krzepicki to milicjant jakich wielu – jako komendant nie robi szczególnej kariery w swoim malutkim miasteczku, na co dzień boryka się z problemami małżeńskimi, a jego pierwszą i najważniejszą kochanką jest wódka, z którą na schadzki spotyka się nader często. Pewnego wieczora ginie córka Krzepickiego; choć przyczyna tego stanu szybko zostaje ustalona, on sam nie wierzy w odgórne wyjaśnienia i postanawia na własną rękę szukać sprawcy. Robi to nadal, gdy osoby związane ze sprawą stają przed realnym zagrożeniem życia…

Brzmi ciekawie, prawda? Niestety – bohater nie jest skonstruowany perfekcyjnie. Choć okładkowy opis sugeruje opowieść o ojcu opętanym żądzą zemsty, Krzepickiemu wiele brakuje w tej kwestii do ideału. Mimo że trudno odmówić mu determinacji, nie poświęca się sprawie całkowicie, a wódka i kobiety skutecznie odciągają jego uwagę w z goła inne rewiry. Przyznam, że jego niekonsekwencja momentami jest niesmaczna – w jednym momencie czytamy, że nogi się ugięły pod pogrążonym w bólu rodzicem, by za chwilę obserwować jego niezbyt skromne myśli co do kolejnej napotkanej kobiety.

W książce kuleje również wartkość akcji – zdecydowanie nie jest to żaden niezwykły kryminał. Tak naprawdę podczas lektury można się nieźle wynudzić, bo choć zagadka pozostaje zagadką do samego końca, nie ma tu parcia na jej rozwiązanie. Akcja toczy się sama sobie, działania Krzepickiego są chaotyczne i wciąż powtarzany jest schemat dnia kończącego się zalaniem w trupa. Niewiele jest tu urozmaiceń, nie pomagają nawet dodatkowe wątki związane z poszczególnymi kobietami komendanta. Tak naprawdę większość tekstu odarta jest z niezwykłości, akcji czy emocji.

Nie oceniam jednak tej książki całkiem negatywnie – dlaczego? Otóż w miarę postępów w lekturze odnalazłam w niej pewną niezwykłość, celowość literackich zabiegów. Gdy popatrzyłam na tekst jako na swego rodzaju satyrę na czasy PRL-u, wiele sytuacji stało się dla mnie jaśniejszych. Mamy tu do czynienia ze skrajnym wręcz przerysowaniem upadłego, dwulicowego, pożartego przez system społeczeństwa, w którym nie ma niemal żadnych pozytywnych cech. Komendant reprezentuje sobą cały moralny upadek, jaki tylko można zebrać w jednym człowieku, poza tym pokazany jest również na tle systemu – jako jednostka uwikłana w komunistyczne niuanse i szczeble kariery. Jest bohaterem przegranym, wykorzystanym, omamionym złudną wolnością i pod tym względem zdecydowanie może się podobać.

Do lektury tej książki zachęcił mnie opis – ciekawa wydała mi się kreacja ojca opętanego przez żądzę zemsty i spodziewałam się wnikliwej, psychologicznej analizy. Miałam nadzieję na głębię i fascynującą przygodę z ludzką psyche, jednak nic takiego nie miało miejsca. W zamian otrzymałam coś zupełnie innego i powiem szczerze, choć samą siebie tą tezą zadziwię – nie jestem z tej roszady jakoś bardzo niezadowolona. Jako satyra powieść sprawdza się nieźle – dzięki zabiegom hiperbolizacji zarówno tło, jak i postaci są przerysowane, charakterystyczne, złe. Powieść nie jest jednak dla każdego i właściwie nie wiem, komu konkretnie mogłabym ją polecić. Wiele osób może po prostu setnie się wynudzić.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.