Bilety lotnicze wysyłane do blogerów, fragmenty układanki stopniowo odsłaniające okładkę, atmosfera ogólnej tajemnicy. Trzeba przyznać, że Czwarta Strona i Remigiusz Mróz stanowią duet idealny, jeśli chodzi o promocję powieści, bo zawsze wychodzi im to perfekcyjnie. Mnie nie trzeba było długo namawiać – ze swoją sympatią do autora absolutnie się nie kryję, podobnie jak z tym, że postawiłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Tym bardziej ucieszyłam się wczoraj, kiedy (jeszcze przedpremierowo!) znalazłam na łóżku paczkę z wydawnictwa. Wiedziałam, że lektura będzie ekspresowa, a wrażenia po niej zebrane w nie do końca standardowy tekst.
Pierwszy horror w dorobku Remigiusza Mroza dotyczy zaginięcia samolotu irlandzkich linii lotniczych. Na pokładzie Boeinga 747, prócz ponad 500 osób, znajdowała się narzeczona głównego bohatera, Filipa. Mężczyzna, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął znalezienia się w samolocie, odchodzi od zmysłów obserwując kolejne doniesienia dotyczące zaginionej maszyny. Nie wie jeszcze, że to, co stanie się niebawem, nie tylko zachwieje w posadach jego światopoglądem i wiarą, ale także wskaże mu istnienie spraw przekraczających ludzkie pojmowanie. Jak wielotonowa maszyna może zniknąć w przestrzeni powietrznej? Kto jest odpowiedzialny za tę tragedie? I co ma z tym wszystkim wspólnego obraz Czarnej Madonny?
Na samym początku miałam wrażenie, że ta książka to jakiś wyjątkowo kiepski żart – wszystko, o czym czytałam, było dla mnie niespójne i nieprawdopodobne, nie widziałam w opowieści celu. Zastanawiałam się, gdzie jest ten rozsławiony horror i co tak właściwie czytam. Denerwował mnie główny bohater, jego zachowanie, denerwowało mnie wprowadzenie i cała początkowa sytuacja. Nie mogłam się skupić. Nie mogłam też patrzeć na bardzo bezpośrednie nawiązania do religii, które wydawały się nie mieć żadnego uzasadnienia.
Tak było aż do ostatniego zdania V rozdziału. Zdania, od którego zmieniło się wszystko. W tym momencie akcja nabrała tempa, zmieniła się. To, co na początku było doskwierającym niedomówieniem, stopniowo zaczęło się klarować i tworzyć spójną, interesującą fabułę. Pojawiła się zagadka, której elementy ujawniane były stopniowo, w odpowiednich odstępach czasu, stale podtrzymując moją uwagę. Zrozumiałam konstrukcję opowieści i doceniłam nawiązania do rzeczywistości. Odkryłam wkład pracy autora i to, jak dobrze przygotował się do pisania tej powieści. Zobaczyłam w tym wszystkim wyraźny i bardzo ciekawy pomysł. Do końca czytałam szybko i z przyjemnością.
Jest tylko jeden, zasadniczy problem: nie dałam rady wczuć się w klimat tej historii.
Generalnie jestem fanką horrorów i czytałam ich już bardzo, bardzo dużo. Najbardziej lubię te mroczne i ściśle związane z rzeczywistością, odkrywające zakamarki ludzkiej psychiki. Podobnie jak Remigiusz Mróz, traktuję Stephena Kinga jako mistrza tego gatunku – uważam, że nikt inny nie potrafi tak sprawnie dotrzeć do mrocznej strony człowieka i tak bezwzględnie jej obnażyć. Nikt tak nie przeraża realizmem i nie porusza we mnie czułych strun. Nikt nie sprawia, że z niepokojem rozglądam się wokół, a przez kilka tygodni po lekturze mam w głowie sceny z książki i przemyślenia na ich temat.
Remigiusz Mróz również tego nie robi.
Żeby była jasność: wydaje mi się, że jestem odbiorcą specyficznym (pewnie tylko mi się wydaje) i mam bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec gatunku, jakim jest horror. Nie dysponuję zbyt rozbudowaną wyobraźnią, więc ciężko mnie przerazić za pomocą sugestywnych obrazów – czytając nie wyobrażam sobie w głowie scen, które są mi opisywane. Dlatego jedyną formą horroru literackiego, jaki robi na mnie wrażenie, jest ten głęboko psychologiczny. To właśnie głębi postaci, ich motywacji i zachowań zabrakło mi w Czarnej Madonnie. Choć jest to horror religijny, więc literacko w gruncie rzeczy oryginalny pod względem tematu i treści, operuje wieloma kliszami, które łatwo możemy odnaleźć w filmach. Egzorcyzmy to temat popularny i często wykorzystywany, a wszystkie sceny, które są w tej książce potencjalnie przerażającymi, opierają się właśnie na opętaniu. Twarz wykrzywiona w przedziwnym wyrazie, miotanie człowiekiem jak marionetką, wykrzykiwane bluźnierstwa, czarna maź sącząca się z otworów ciała… W pewnym sensie książka z narracją pierwszoosobową daje nam nowe spojrzenie na wszystkie te klisze, jednak w wersji literackiej oddziaływanie tych scen na naszą psychikę jest bardzo mocno osłabione.
Nie można odmówić Mrozowi zaangażowania w tematy bieżące i tego, z czego słynie: dobrego reaserchu. Czarna Madonna naszpikowana jest ciekawostkami okołoreligijnymi dotyczącymi kulisów pracy egzorcystów oraz samej historii chrześcijaństwa; autor wykorzystuje różnorodne teksty biblijne, spójnie wplatając je w fabułę. Niestety, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Wotum nieufności, widać wyraźnie, że jest to grunt, który dla samego Mroza nie jest tak pewny jak meandry prawa, w związku z czym cała wiedza podana jest nieco bardziej topornie, często w formie monologów głównego bohatera i wyrzucania z siebie kolejnych faktów.
Jestem nieco zawiedziona, ale głównie dlatego, że nie otrzymałam tego, co najbardziej mnie interesowało – porządnej psychologii postaci. Czarna Madonna to zupełnie inny typ horroru, opierający się na odmiennych mechanizmach i schematach. Doceniam jednak konstrukcję fabularną i pomysł na to, jak połączyć katastrofę lotniczą z motywem religijnym, który w dodatku ma bardzo mocne osadzenie w samej Biblii, a nie wyłącznie w wyobraźni autora. No i muszę oddać Mrozowi sprawiedliwość, bo jeden element zrobił na mnie wrażenie: bardzo sugestywny opis katastrofy lotniczej sprawił, że mój lęk przed tym środkiem transportu podniósł się jeszcze bardziej, choć byłam pewna, że to niemożliwe.
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 19 lipca!