Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach nazwisko Reginy Brett, aż pisnęłam z zachwytu – poprzednie książki autorki znam i uwielbiam, więc nic dziwnego, że i kolejna mnie zainteresowała. Szybko jednak przyszło rozczarowanie, gdy zobaczyłam, co tak naprawdę jest zapowiadane. Dość długo trzymałam się od tej książki z daleka, ale jak wypadła, gdy w końcu trafiła w moje ręce?
Tym razem wydawnictwo Insignis zrezygnowało z dotychczasowej formuły tekstów Reginy Brett – zamiast zestawienia 50 lekcji otrzymujemy… kalendarz. Jest to terminarz uniwersalny, nieprzypisany do konkretnego roku, pozwalający na używanie go według własnego uznania i kiedy tylko przyjdzie nam na to ochota. Każdy miesiąc poprzedzony jest jedną lekcją autorki. Ponadto książka aspiruje do miana dziennika kreatywnego, co mają odzwierciedlać zawarte w niej proste i powtarzalne zadania, a także krótkie motywatory.
Dlaczego nie sięgnęłam po Twój dziennik od razu, skoro tak bardzo uwielbiam teksty Reginy Brett? Przede wszystkim w momencie premiery miałam już swój własny kalendarz na Nowy Rok (wyjątkowo wcześnie) i nie potrzebowałam kolejnego w wydaniu i formie, która zupełnie do mnie nie pasuje. Po drugie, wydało mi się niesprawiedliwe, że za dotychczasową cenę mam otrzymać ¼ tego, co w poprzednich książkach autorki. Zdecydowałam się dopiero, gdy dziennik pojawił się na empikowej promocji za 19.90 – wydało mi się to uczciwą ceną i jestem bardzo zadowolona ze swojej decyzji ,bo teraz, po lekturze, nabrałam pewności, że gdybym nabyła go wcześniej, byłabym jeszcze bardziej rozczarowana.
Co tak naprawdę mi się nie podobało? Otóż uważam, że takie wydanie skierowane jest do wąskiego grona odbiorców lub nakłania nas w jakiś sposób do kupienia czegoś, co tak naprawdę wcale nie jest nam potrzebne, a tego naprawdę bardzo nie lubię. Ponadto nie mogę pozbyć się wrażenia, że taki projekt przybliża Reginę Brett do Beaty Pawlikowskiej, a peseudofilozoficzne mądrości tej drugiej wywołują we mnie wyłącznie negatywne skojarzenia. Niestety, zawarte tutaj, wyrwane z kontekstu krótkie myśli, powoli dryfują w tym właśnie kierunku. Poza tym Twój dziennik to inicjatywa specjalna, skierowana do polskich odbiorców, a lekcje, które są w nim zawarte, zostały napisane na tę właśnie okoliczność – dotyczą wrażeń autorki po wizycie w naszym kraju i spotkaniach z Polakami. W wielu punktach są to opowieści ciekawe, potrafiące chwycić za serce, jednak porównywanie ich z poprzednimi książkami autorki to po prostu przesada. Są znacznie krótsze, mniej treściwe i absolutnie nie przekazują żadnych uniwersalnych prawd.
Mimo całej sympatii dla Reginy Brett nie jestem w stanie przyklasnąć temu projektowi. Całość okazała się dokładnie taka, jak się spodziewałam – dość mocno niedopracowana. Jasne, jest to przyjemny gadżet dla kogoś, kto lubi autorkę i chce mieć jej myśli zawsze blisko siebie, jednak ja akurat do takich osób nie należę. Zdecydowanie wolę dobrze opracowaną i treściwą pulę mocnych felietonów o życiu, problemach i sposobach radzenia sobie z otaczającymi nas trudnościami, do których mogę zajrzeć w każdej chwili dzięki samodzielnie zaznaczanym cytatom. Nie odnalazłam tu tej magii, za którą pokochałam autorkę, ale wciąż czekam z niecierpliwością na jej kolejny zbiór – jestem pewna, że standardowe wydanie dostarczy mi dokładnie tego, czego szukam.