niedziela, 7 lutego 2016

Éric-Emmanuel Schmitt – „Zazdrośnice” [recenzja przedpremierowa]

Możecie mi wierzyć lub nie, ale jak dotąd praktycznie nie miałam styczności z prozą Schmitta (nie liczę drobnego epizodu z przeczytaną na kolanie książką Oskar i pani Róża, który miał miejsce w moim życiu dobrych kilka(naście) lat temu i którego właściwie nie pamiętam). Słyszałam wiele dobrego o tekstach autora, swego czasu chodził za mną Przypadek Adolfa H., ale koniec końców nigdy nie wpadło mi w ręce nic spod jego pióra. Nie wiem, czy Zazdrośnice były najlepszym wyborem na początek, bo wywołały we mnie sporo sprzecznych odczuć, ale o tym opowiem za chwilę.

W tej niepozornej, bo nieco ponad 130-stronicowej, książeczce aż roi się od bohaterów. Narrację obserwujemy z perspektywy czterech młodych kobiet, które są przyjaciółkami. Każda z nich jest inna, mają różne wzorce związków partnerskich, ale wszystkie stoją właśnie u progu dorosłości. W ich relację wkrada się pozornie prozaiczny problem zdrady i zazdrości – jedna z nich zaczyna korespondować z byłym partnerem innej. Od tej pory rozpoczyna się lawina uczuć i emocji, a wszystkie relacje zostają wystawione na naprawdę ciężką próbę.

Opisywana przez Schmitta sytuacja obrazuje pewną skrajność. Trzeba to sobie jasno powiedzieć – autor wyolbrzymia tu i zdarzenia, i reakcje, choć mnie osobiście nie przeszkadza to jakoś szczególnie, bo akurat hiperbolę jako zabieg literacki bardzo lubię. Dużo większy problem mam z tym, czego właściwie można się z tej książki dowiedzieć. Znacznie lepiej pasowałby tytuł Krótka rozprawa o zazdrości, czy coś w tym stylu, bo tak naprawdę owo uczucie jest tu jedynym dobrze nakreślonym bohaterem. Na 130 stronach nie ma miejsca na dobre poznanie aż czterech osób, nie ma też pola na dobre i odpowiednio wnikliwe poprowadzenie fabuły. To po prostu ciąg bardzo szybko następujących po sobie zdarzeń, w dodatku ukazanych w sposób fragmentaryczny, bo za pomocą przerywanej, przeplatanej narracji. Niestety, forma zawiodła kompletnie, bo zmiana perspektywy co kilka, kilkanaście zdań na dłuższą metę była dla mnie po prostu męcząca. Fabuła, mimo że dynamiczna, nie była w stanie do końca mnie zainteresować. Jedyne pole, na jakim sprawdza się ta historia, to wspomniana już opowieść o zazdrości – moim zdaniem uczucie zostało ukazane autentycznie i w pewien sposób „żyło swoim życiem” na kartach tej powieści.

Tak jak wspomniałam na początku – nie wiem, czy słusznie sięgnęłam po tę powieść jako pierwszą, ale z pewnością pokazała mi ona sporo zalet autora dobrze rokujących na przyszłość. W Zazdrośnicach widać wyraźnie wrażliwość Schmitta i umiejętne odwzorowanie emocji, a także pomysłowość zarówno pod względem fabuły, jak i formy. Zazdrośnice to powieść przesadzona i wyolbrzymiona, a przez to momentami bardzo surrealistyczna, nie ma też co liczyć na świetną fabułę i pełnokrwistych bohaterów. A jednak jestem przekonana, że opowiedziana tu historia pozostanie w mojej głowie znacznie dłużej niż wiele innych, pozornie bardziej wciągających książek. Myślę, że przy następnej okazji sięgnę po któryś z dłuższych tekstów autora, żeby zobaczyć jego możliwości w pełnej krasie.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 17 lutego!