Brzmi to bardzo sztampowo i przypomina raczej scenariusz kiepskiego horroru niż prawdziwą sytuację, a jednak – tak wyglądał jeden z moich wieczorów, kiedy Sylwek pojechał do domu, a ja musiałam znaleźć sobie coś do roboty. Kilka internetowych zbiegów okoliczności zaważyło na tym, że wybrałam Black Mirror – serial, który kilka miesięcy wcześniej zaznaczyłam na Filmwebie jako „nie interesuje mnie”. Kto by jednak pamiętał takie szczegóły – po prostu sięgnęłam po jeden odcinek, a po nim lawinowo popłynęły kolejne. Przepadłam. Mogę powiedzieć krótko: to jest perfekcyjne i po prostu musicie to zobaczyć.
Black Mirror to serial krótki: pierwszy i drugi sezon mają po trzy odcinki, a trzeci – sześć. Każda z odsłon trwa niecałą godzinę i rozgrywa się w mniej lub bardziej futurystycznym świecie. Z tym jest różnie – czasem obraz jest mocno oderwany od rzeczywistości i stanowi wizję dość odległą, której współczesne początki są tylko delikatnie zaznaczone, innym razem nie możemy pozbyć się wrażenia, że prace nad danym rozwiązaniem/zjawiskiem prowadzone są już dziś, tylko na dużo mniejszą skalę. Poszczególne odcinki nie są związane ze sobą fabularnie ani nie rozgrywają się w tym samym momencie – to po prostu różne drogi, wyolbrzymione opcje, których źródeł możemy szukać w dzisiejszych wydarzeniach i tendencjach. Twórcy serialu starają się ukazać nam ciemną stronę rozwoju: postępu technologicznego, kultu jednostki, machin reklamowych, powszechnego dostępu do danych, ulepszania człowieka za pomocą techniki… W przypadku każdej z opowieści jesteśmy w stanie wyróżnić konkretną współczesną tendencję, na bazie której została stworzona.
Moje ulubione odcinki? Tak naprawdę każdy z nich coś mi dał i wywołał inny rodzaj odczuć. Ostatnia odsłona pierwszego sezonu, czyli opowieść o pamięci fotograficznej, oraz pierwsza drugiego, opowiadająca o technologii wspierającej radzenie sobie ze stratą kogoś bliskiego, to wizje, które wydają mi się niebezpiecznie bliskie, nawet jeśli wciąż dość mocno oderwane od tego, co znamy dzisiaj. Niby opierają się na technologiach, które jeszcze długo pozostaną w sferze science-fiction, a jednak dążenia, które obrazują, są powszechne i naturalne, bazują też na wielu bardzo emocjonalnych scenach. Skoro już jesteśmy przy emocjach – najwięcej ich wywołał u mnie drugi odcinek drugiego sezonu, który dotyczy makabrycznego pojęcia sprawiedliwości. Oglądałam go jak dobry horror – przez palce zakrywające oczy. A ostateczne rozwiązanie naprawdę mnie zaskoczyło.
Nie jestem w stanie ubrać w słowa wszystkich odczuć, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania kolejnych odcinków, ale możecie mi wierzyć, że były to przeżycia bardzo, bardzo silne. Najlepsze obrazy wywołały we mnie burzę emocji, ale również w tych gorszych widzę wartość, bo każdy z nich skłania do refleksji: nad tym, co dzieje się w naszym świecie, jaki jest kierunek zmian i przede wszystkim – czy my sami chcemy w tych przemianach uczestniczyć. Nie obiecuję, że ten serial zostawi Was z optymistycznym spojrzeniem na świat – choć prezentowane historie w większości mają, przynajmniej nikły, happy end, refleksja, jaka się po nich nasuwa, należy raczej do tych gorzkich. Mimo to zachęcam, żebyście sięgnęli przynajmniej po pierwszy odcinek – mocny i oddziałujący na wyobraźnię – a po nim zdecydowali, czy chcecie oglądać dalej. Według mnie warto, a nawet trzeba. Dla samego siebie.