Pewnego zwyczajnego popołudnia pewna zwyczajna dziewczynka jechała swoim zwyczajnym rowerkiem, gdy nagle spod kół osunęła się ziemia. Na szczęście mała upadła na coś, co, jak się później okazało, było gigantyczną, świecącą dłonią. Siedemnaście lat później ta sama dziewczynka – a właściwie już dorosła kobieta – jako naukowiec staje na czele zespołu badawczego, który stara się rozwikłać zagadkę pochodzenia i znaczenia owej dłoni. Początkowo grupa napotyka więcej pytań niż odpowiedzi, ale z każdym kolejnym odkryciem wyłania się szokujący obraz, który może zmienić spojrzenie ludzi na świat.
Czytając jakikolwiek opis Śpiących gigantów czy też samodzielnie przypominając sobie ich treść myślę: ktoś tu miał bardzo dobry pomysł. Historia nie bez powodu jest porównywana do takich klasyków jak Jurassic Park czy World War Z – w teorii prezentuje się perfekcyjnie: ma rozmach, ogromną skalę i odpowiednio fantastyczną tematykę. Fabuła jest w idealnym stopniu zagadkowa i świeża, a hipotezy badaczy kierują się ku istnieniu wysoce rozwiniętej cywilizacji, która zostawiła nam wiadomość kilka tysięcy lat temu. Mamy więc do czynienia z kimś bardzo potężnym, co dodatkowo powinno budować napięcie.
Dlaczego zatem nie zaczęłam swojej recenzji od pieśni pochwalnej na temat kolejnej cudownej i niezwykłej opowieści, którą dane mi było poznać? Bo ta książka najzwyczajniej w świecie mi się nie podobała. Choć na początku myślałam, że będzie inaczej, praktycznie przez całą lekturę po prostu się męczyłam. Najpierw przyszło zdziwienie formą – pewnie czytałam już o tym w jakiejś recenzji, ale zdążyłam zapomnieć, więc był to dla mnie niemały szok: książka nie posiada normalnej narracji. W większości składa się z wywiadów z poszczególnymi członkami grupy badawczej prowadzonymi przez pewną tajemniczą osobę, do tego dochodzą nieliczne fragmenty dzienników osobistych. Każdy wywiad jest mocno ukierunkowany na temat, który determinuje rozmówca. Choć wypowiedzi poszczególnych postaci często są rozbudowane, nie są w stanie zastąpić normalnej opowieści. Takie poznawanie historii zupełnie nie przypadło mi do gustu i sprawiło, że po krótkim czasie lektura przestała sprawiać mi przyjemność.
Myślę sobie jednak, że forma nie jest tutaj jedynym problemem. Na początku, kiedy dopiero odkrywałam zalążki fabuły, byłam pewna, że dam radę ścierpieć te wywiady, byle dowiedzieć się, co będzie dalej – cała sprawa naprawdę bardzo mnie interesowała. Niestety w międzyczasie autor wolał skupić się na rzeczach zupełnie nieprzydatnych, na czele z dziwacznym zainteresowaniem relacjami osobistymi między członkami grupy. Zamiast posuwać akcję do przodu, dostaliśmy zatem masę zbędnych i niepotrzebnie rozwlekających całość informacji, bez których spokojnie moglibyśmy żyć. Choć na początku wyglądało na to, że powieść będzie miała w sobie pewien dynamizm, a dzięki sprawnemu odkrywaniu kolejnych faktów i niespodziewanym zdarzeniom będzie w stanie utrzymać moją uwagę, tak się nie stało – miałam ochotę przewracać strony, by dotrzeć prosto do interesujących fragmentów.
Kolejny raz w ostatnim czasie przyszło mi negatywnie ocenić książkę, która podobała się tak wielu osobom. Cóż, w tym przypadku, jak sądzę, wiele zależy od formy i tego, czy będzie ona dla nas męcząca, czy też nie. W moim przypadku od tego się zaczęło i ten właśnie element miał duży wpływ na to, że po prostu się przy tej książce męczyłam. Dobry pomysł to za mało i chyba źle przyjmuję to, co jest „nowatorskie”. Mimo wszystkich pochwał, które rozsławiają tę historię (a widziałam, że za granicą podobnie osławiony jest drugi tom), nie sięgnę po kontynuację. Was natomiast standardowo zachęcam do spróbowania – a nuż dołączycie do grona zachwyconych i odkryjecie kolejną świetną opowieść.
Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.