niedziela, 20 listopada 2016

Poszukiwania złotego środka, czyli gdzie tak naprawdę bloger w blogowaniu

Już od jakiegoś czasu miałam w sobie sporą potrzebę napisania czegoś innego - nie recenzji, nie streszczenia zasad gry i nie tekstu opisującego książkowy stosik. Z drugiej strony nigdy nie czułam się specjalnie dobrze w luźnym blogowaniu publicystycznym, bo zawsze wydawało mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Właściwie wciąż tak uważam, jednak postanowiłam tę potrzebę w jakimś stopniu zrealizować. Nie bójcie się - to nie jest początek jakiegoś wielkiego cyklu, takie posty nie wejdą do czworgowej codzienności, choć nie ukrywam, że może jeszcze kiedyś zdarzy mi się jakiś popełnić. Mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczycie.

Cześć, jestem Kasia i pogubiłam się w blogowaniu. Tak właśnie mogłabym (i chciałam) zacząć całą tę opowieść. Opowieść wyrosłą z mojej wewnętrznej frustracji, w którą właściwie sama się zapędziłam. W ostatnim czasie dotarło do mnie, do jakiego punktu doszłam przez cały okres współprowadzenia Czworgiem - od osoby, która czyta średnio dużo, ale też na bieżąco stara się wyczytywać swoje zapasy książek, przez pochłaniacza prawie 30 pozycji miesięcznie, aż do zmęczonego życiem czytelnika, który ma ogromną kolekcję, a większość pozycji w stanie całkowicie nienaruszonym. W te wakacje, kiedy składaliśmy do kupy naszą biblioteczkę, poważnie się przeraziłam: odnalazłam całą masę tytułów, które nie wiem, jak do mnie trafiły i o których nie jestem w stanie powiedzieć kompletnie nic. Przez ostatnie lata kupowaliśmy na potęgę - skuszeni promocjami albo opisami, które w danej chwili wydawały nam się interesujące. Co prawda stopniowo udaje nam się zbiory porządkować, ale wciąż mamy wiele pozycji, które muszą poczekać na lepsze dni...

Na taki stan rzeczy złożyło się kilka czynników. Po pierwsze wraz z wejściem w blogosferę poszerzyły się moje gusta literackie i odkryłam, jak wiele gatunków mi się podoba, co w naturalny sposób rozbudziło we mnie chęć dalszego odkrywania. Dodatkowo jestem bardzo podatna na wpływy otoczenia, a wszechobecne posty stosikowe sprawiały na początku, że również czułam się zobligowana do pokazywania nowości. Chociaż właściwie może podchodzę do tematu od złej strony - stosiki nie tylko służyły za mobilizator, ale też wymówkę, usprawiedliwienie dla własnych szaleństw zakupowych. Z resztą jak tu nie kupować, skoro na rynku co i rusz pojawia się tyle wspaniałych nowości? Kiedyś, żebym dowiedziała się o jakiejś książce, musiałam albo śledzić poczynania autora, albo zajść do księgarni, albo dostać czyjeś polecenie. Kiedy odkryłam Lubimy Czytać, książkową blogosferę, aż wreszcie wszelkie social media autorów i wydawnictw, zostałam zwalona z nóg ilością wspaniałych książek, które czekają właśnie na mnie!

Zupełnie osobnym tematem są egzemplarze recenzenckie. Prowadzenie bloga daje naprawdę niesamowite możliwości i jestem pewna, że wielu wspaniałych książek nigdy bym nie odkryła, gdyby nie współpraca z wydawnictwami. Niestety na własnej skórze przekonałam się, jak łatwo wpaść w czyhającą tutaj pułapkę: nagle zaczynamy dostawać maile, które otwierają nam drogę do darmowych książek i o ile kiedy mamy wydać na coś pieniądze, stosujemy jakąś tam selekcję, o tyle w tym przypadku przychodzi nam to znacznie trudniej. Krótko po tym, jak nasz blog zaczął dynamicznie się rozwijać, sama znalazłam się w takim zamieszaniu - zaczęłam brać wszystko, co wydawało mi się choć odrobinę ciekawe, a w rezultacie prawie utonęłam pod stertą egzemplarzy recenzenckich, na które, jak się okazało, średnio miałam ochotę. Bardzo długo zajęło mi wypracowanie własnego gustu i samozaparcia na tyle, żeby zacząć to ograniczać, a i tak wciąż zdarzają się problemy. Wystarczy, że raz źle ocenię własne możliwości, albo coś mi wypadnie i już leżę zakopana w stosiskach.

Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam okazję wziąć do ręki książkę z półki, taką na którą po prostu mam ochotę. Nie czytam tytułów, które polecają mi inni, nie pożyczam od nikogo książek, o których słyszę, nie sięgam na bieżąco po pozycje, które sama kupuję, bo zwyczajnie nie mam na nie czasu. Czytam głównie nowości i nawet nie chodzi tutaj o aspekty marketingowe (czy na blogu "sprzeda się" coś starszego?), bo te nigdy jakoś mnie nie interesowały, ale o to, że na inne książki zwyczajnie brak mi czasu. Boję się, że jeśli to potrwa dłużej, w którymś momencie najzwyczajniej zbrzydnie mi i czytanie, i pisanie, a tego naprawdę bardzo mocno bym nie chciała.

Nie zrozumcie mnie źle, to nie ma być jakaś fatalistyczna wizja czy zapowiedź kolejnych przerw na blogu. Zastanawiam się po prostu, czy jestem w całej tej sytuacji odosobniona, czy też kogoś z Was również męczą podobne przemyślenia. Dajcie znać, jak się w tym wszystkim odnajdujecie. Czy czujecie presję kupowania, posiadania i recenzowania nowości? Czy gubicie się w powodzi wydawanych książek? Czy zdarzyło Wam się zapędzić z ilością egzemplarzy recenzenckich? A może robicie swoje (jeśli tak, dajcie znać, jak Wam się udało znaleźć taką własną drogę!). Uważam, że to bardzo ciekawy temat do dyskusji i chętnie poznam Wasze zdanie. Ba, jestem przekonana, że z Waszych komentarzy będę mogła bardzo dużo się nauczyć.