środa, 14 października 2015

Monika Jaruzelska – „Oddech”

Zupełny przypadek wpłynął na to, że zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę. Do tej pory miałam jedynie styczność z pojedynczymi, ale zawsze pozytywnymi opiniami na temat poprzednich tekstów autorki – Rodziny oraz Towarzyszki panienki. Nie miałam kompletnie żadnego wyobrażenia, czego się spodziewać, postanowiłam po prostu sprawdzić, czy proza Moniki Jaruzelskiej i mnie przypadnie do gustu.

Co znajdziemy w Oddechu? Jest to zbiór migawek z życia, krótkich scenek i refleksji o różnej głębi; większość z nich dotyczy rodziny i szarej codzienności. Autorka z jednej strony odkrywa przed nami kulisy swojego funkcjonowania, jednak bardzo silnie kontroluje to, ile danych dociera do czytelnika – pokazuje nam sceny wyselekcjonowane i ujęte inteligentnie, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele. Ostatnio coraz częściej nasuwa mi się to porównanie, ale znów trafiam na książkę, która w jakimś stopniu kojarzy mi się z blogiem – dziś popularne są właśnie takie, z jednej strony zwyczajne, z drugiej utrzymane w ryzach i obliczone na efekt. W książce Jaruzelskiej nie zostajemy zalani ani emocjami, ani treścią; to raczej krótkie informacje z pogranicza uzewnętrzniania i lekko filozoficznej analizy.

Autorka porusza różne tematy – niektóre bliskie każdemu z nas (relacje z rodziną, dziećmi, z samą sobą), inne specyficzne i właściwe dla konkretnej sytuacji autorki, córki generała Wojciecha Jaruzelskiego. Jednak nawet w tym drugim przypadku pewne uczucia takie jak ból, lęk czy tęsknota są jak najbardziej uniwersalne. Jest to z pewnością jeden z podstawowych czynników, które sprawiają, że kontakt z opowieścią jest po prostu przyjemny. Drugim takim aspektem jest język – niespodziewanie lekkie pióro i talent literacki nadają powieści specyficznego charakteru. Prozy Jaruzelskiej nie da się z niczym pomylić i daleko jej do schematyczności.

Pewnie nie każdemu spodoba się ta oszczędna, wyrywkowa formuła, brak ciągłości między poszczególnymi obrazami i tylko wybiórcze pogłębienie treści. Jednak ci, którym to nie przeszkadza, powinni być zadowoleni – obok tych wszystkich charakterystycznych cech otrzymujemy kontakt z kawałkiem całkiem dobrej prozy.

Książka przyjemna, autentyczna i… zwyczajna. Pytanie, czy czytalibyśmy ją równie chętnie, gdyby nie nazwisko na okładce.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czerwone i Czarne.