poniedziałek, 15 grudnia 2014

Łukasz Orbitowski - "Zapiski nosorożca"


Niezwykle rzadko czytam książki podróżnicze – podkreślam to ostatnio na każdym kroku. Takiego doboru lektur dokonuję świadomie, ponieważ wiem, że, aby mi się spodobały, muszą być naprawdę specyficzne. W przypadku Zapisków nosorożca wiedziałam oczywiście, z czym będę miała do czynienia, ale skusił mnie jeden ważny element – legendy. Czerpane z Czarnego Lądu, ale przerobione na Orbitowską, polską modłę. Czy mogłam się temu oprzeć, zwłaszcza w momencie gdy baśnie i podania zaprzątają moją głowę? Oczywiście że nie!

Książka Łukasza Orbitowskiego jest z jednej strony dziennikiem podróży, a z drugiej – specyficznym legendarzem, do którego materiał wybrał, posegregował i opracował sam autor, dopasowując go do własnych potrzeb. Zarówno jedne jak i drugie teksty są króciutkie i co do zasady przeplatają się nawzajem. Gdy trzymamy książkę w ręce, widać to od razu – legendy są na stronach o wzorkowanych brzegach, natomiast pozostałe to relacje z konkretnych sytuacji, składające się na opis pobytu pisarza w RPA. Nie jest to sztywna, cukierkowa opowieść o zagranicznych wakacjach – to coś więcej, podróż w celu poznania, odkrycia, zrozumienia. Poszczególne wydarzenia różnią się od siebie i niejednokrotnie nie są ani spodziewane, ani przyjemne.

Jeśli chodzi o legendy – jak już wspomniałam, nie otrzymujemy ich w wersji oryginalnej, a przerobionej przez autora. Nie wiem do końca, czemu ów zabieg miał służyć i mam też wrażenie, że podania lekko na tym tracą –  w wielu z nich nie odczułam nutki niepewności czy mistycyzmu, charakterystycznej dla tego rodzaju utworów. W wydaniu z Zapisków nosorożca są to po prostu opowiadania, pozbawione jakby swojego alegorycznego charakteru. Z drugiej strony mogę się tylko domyślać, że w ogóle taki charakter posiadały – nie miałam okazji zapoznać się z ich oryginalnymi wersjami.

I jeszcze coś. Wyjdę zapewne na skrajną hipokrytkę (kto mnie zna, ten wie, że mojemu językowi daleko do ideału), jednak momentami przeszkadzały mi przekleństwa. O ile w mowie niemal zupełnie nie zwracam na nie uwagi, o tyle napisane zyskują dla mnie moc i siłę, rażąc w oczy. W tej książce właściwie przez cały czas mamy do czynienia ze stylem zwyczajnym, potocznym, a mimo to w pewien sposób mi to przeszkadzało i stanowiło nieprzyjemny kontrast – nie było naturalne. Na szczęście nie było również na tyle częste, by zaważyć na ocenie. Poza tym, skoro już jesteśmy przy stylu wypowiedzi, przyznać muszę, że Pan Łukasz przekonał mnie do siebie swoim humorem i dystansem do świata, a  także sposobem myślenia, wpisującym Lovecrafta w każdy, nawet najmniejszy aspekt otoczenia. Dzięki nastawieniu autora tekst nabiera nowego wymiaru i szalenie przyjemnie się go czyta.

Książeczka jest naprawdę niewielkich rozmiarów i zabiera nas we wspaniałą podróż do miejsca, którego wielu z nas najpewniej nigdy nie odwiedzi. Łukasz Orbitowski pokazuje nam kraj pełen kontrastów i niedomówień; ciekawą stronę podróży, zupełnie inną od tej hotelowej, znanej z turystycznych folderów. Swą opowieść wzbogaca zdjęciami oraz miejscowymi legendami, z których niektóre są prawdziwymi perełkami. Choć chwil spędzonych z tą książką nie było wiele, cieszę się, że mi się przydarzyły, bo lektura przez większość czasu była przyjemnością.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.