Niezwykle rzadko czytam książki podróżnicze – podkreślam to
ostatnio na każdym kroku. Takiego doboru lektur dokonuję świadomie, ponieważ
wiem, że, aby mi się spodobały, muszą być naprawdę specyficzne. W przypadku
Zapisków nosorożca wiedziałam oczywiście, z czym będę miała do czynienia, ale
skusił mnie jeden ważny element – legendy. Czerpane z Czarnego Lądu, ale
przerobione na Orbitowską, polską modłę. Czy mogłam się temu oprzeć, zwłaszcza
w momencie gdy baśnie i podania zaprzątają moją głowę? Oczywiście że nie!
Książka Łukasza Orbitowskiego jest z jednej strony
dziennikiem podróży, a z drugiej – specyficznym legendarzem, do którego
materiał wybrał, posegregował i opracował sam autor, dopasowując go do własnych
potrzeb. Zarówno jedne jak i drugie teksty są króciutkie i co do zasady
przeplatają się nawzajem. Gdy trzymamy książkę w ręce, widać to od razu –
legendy są na stronach o wzorkowanych brzegach, natomiast pozostałe to relacje
z konkretnych sytuacji, składające się na opis pobytu pisarza w RPA. Nie jest
to sztywna, cukierkowa opowieść o zagranicznych wakacjach – to coś więcej,
podróż w celu poznania, odkrycia, zrozumienia. Poszczególne wydarzenia różnią
się od siebie i niejednokrotnie nie są ani spodziewane, ani przyjemne.
Jeśli chodzi o legendy – jak już wspomniałam, nie
otrzymujemy ich w wersji oryginalnej, a przerobionej przez autora. Nie wiem do
końca, czemu ów zabieg miał służyć i mam też wrażenie, że podania lekko na tym
tracą – w wielu z nich nie odczułam
nutki niepewności czy mistycyzmu, charakterystycznej dla tego rodzaju utworów.
W wydaniu z Zapisków nosorożca są to po prostu opowiadania, pozbawione jakby
swojego alegorycznego charakteru. Z drugiej strony mogę się tylko domyślać, że
w ogóle taki charakter posiadały – nie miałam okazji zapoznać się z ich
oryginalnymi wersjami.
I jeszcze coś. Wyjdę zapewne na skrajną hipokrytkę (kto mnie
zna, ten wie, że mojemu językowi daleko do ideału), jednak momentami
przeszkadzały mi przekleństwa. O ile w mowie niemal zupełnie nie zwracam na nie
uwagi, o tyle napisane zyskują dla mnie moc i siłę, rażąc w oczy. W tej książce
właściwie przez cały czas mamy do czynienia ze stylem zwyczajnym, potocznym, a
mimo to w pewien sposób mi to przeszkadzało i stanowiło nieprzyjemny kontrast –
nie było naturalne. Na szczęście nie było również na tyle częste, by zaważyć na
ocenie. Poza tym, skoro już jesteśmy przy stylu wypowiedzi, przyznać muszę, że
Pan Łukasz przekonał mnie do siebie swoim humorem i dystansem do świata, a także sposobem myślenia, wpisującym
Lovecrafta w każdy, nawet najmniejszy aspekt otoczenia. Dzięki nastawieniu
autora tekst nabiera nowego wymiaru i szalenie przyjemnie się go czyta.
Książeczka jest naprawdę niewielkich rozmiarów i zabiera nas
we wspaniałą podróż do miejsca, którego wielu z nas najpewniej nigdy nie
odwiedzi. Łukasz Orbitowski pokazuje nam kraj pełen kontrastów i niedomówień;
ciekawą stronę podróży, zupełnie inną od tej hotelowej, znanej z turystycznych
folderów. Swą opowieść wzbogaca zdjęciami oraz miejscowymi legendami, z których
niektóre są prawdziwymi perełkami. Choć chwil spędzonych z tą książką nie było
wiele, cieszę się, że mi się przydarzyły, bo lektura przez większość czasu była
przyjemnością.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.