Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trylogia Nordycka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trylogia Nordycka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2016

Marcin Mortka – „Wojna runów”

Po nieco ponad miesiącu mojej przygody z Trylogią Nordycką Marcina Mortki przyszedł czas na opowieść o ostatniej już części. Z wielkimi nadziejami sięgnęłam po tom trzeci, przeczytałam go podejrzanie szybko i wreszcie zweryfikowałam oczekiwania, jakie miałam wobec niego. Wypadł dokładnie tak, jak się spodziewałam i wbrew powszechnej opinii powiem, że dla mnie był częścią najlepszą, na którą zdecydowanie warto było czekać. Wreszcie udało mi się wciągnąć w tę opowieść i czerpać satysfakcję z jej odkrywania.

Wojna runów, w odróżnieniu do dwóch pierwszych odsłon sagi, rozgrywa się w XX wieku, a dokładnie w czasie II wojny światowej. Jej fabuła jest ściśle związana z bitwą o Narwik, która miała miejsce w 1940 roku, jednak, jak wskazuje sam autor, większość opisywanych zdarzeń jest literacką fikcją lub jego własną wariacją na temat pewnych faktów. Podczas lektury towarzyszymy między innymi podporucznikowi Wojciechowi Śnieżewskiemu – postaci niebanalnej, której nadprzyrodzone zdolności mogą całkowicie zmienić losy wojny. Kto jako pierwszy skutecznie wykorzysta pradawną moc drzemiącą na kartach islandzkich sag? Chęć na zwycięstwo ma zdecydowanie więcej niż tylko jedna strona konfliktu…

To po części trzeciej Trylogii Nordyckiej spodziewałam się najwięcej i też ona ostatecznie najbardziej mi się podobała. Wielką przyjemnością było odpoczęcie w końcu od dość męczącego, pełnego zagranicznych wstawek, języka – w przypadku Wojny runów nawet sceny rozgrywające się w Skandynawii nie były tak trudne w odbiorze, jak w poprzednich częściach opowieści. Również fabuła tym razem spodobała mi się najbardziej, była bowiem dużo jaśniejsza niż do tej pory i przez cały czas zmierzała do konkretnego celu. Mimo że łączących się wątków było nie mniej niż dotychczas, łatwiej było połapać się w postaciach i ich losach, a opowiadana historia była naprawdę ciekawa i wciągająca. Spodobało mi się swobodne podejście autora do faktów i umiejętne wykorzystanie ich do swoich potrzeb, subtelne elementy fantastyczne, a także płynne nawiązania do poprzednich części sagi. Dzięki Wojnie runów wiele spraw zostaje domkniętych i dopowiedzianych, a pewne elementy fabuły nabierają sensu.

I tym razem, podobnie jak to było w przypadku tomu pierwszego, nowe wydanie zostało wzbogacone o dodatkowe opowiadanie. Jest to mocny akcent, który silnie kontrastuje ze spokojnym początkiem tomu i nie jest to kontrast do końca przyjemny. Moim zdaniem tym razem zabieg nie był aż tak trafny, jak poprzednio – w Ostatniej sadze opowiadanie stanowiło ścisły prequel wydarzeń i pozwalało czytelnikowi łatwiej odnaleźć się w niecodziennym świecie, tutaj natomiast jest to po prostu nakreślenie dodatkowej sceny, nie aż tak cennej z perspektywy czytelnika.

Nie będę przekonywała, że Trylogia Nordycka jest najlepszą opowieścią, z jaką miałam do tej pory styczność, a gdybym miała ją komuś polecać, wybrałabym grono tych, którzy są zainteresowani dawną kulturą skandynawską. Fani fantastyki, których klimat nordyckiej mitologii w jakiś sposób pociąga, z pewnością łatwiej odnajdą się w fabule i języku pierwszych dwóch części, niż ja – osoba całkowicie „zielona” w tym temacie. Mimo wszystko muszę pochwalić Marcina Mortkę za pomysł, konsekwencję i konstrukcję fabularną trylogii, a także pracę włożoną w budowanie języka i wykorzystanie faktów. To całkiem niezła opowieść, choć ja zapewne już do niej nie wrócę.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.


Ostatnia saga  |  Świt po bitwie  |  Wojna runów

środa, 6 stycznia 2016

Marcin Mortka – „Świt po bitwie”

Z Trylogią nordycką wiązałam wielkie nadzieje i postanowiłam nie zniechęcać się nawet po dość przeciętnej pierwszej części. Za punkt honoru postawiłam sobie poznanie kolejnych i zdecydowałam się podejść do nich z entuzjazmem – byłam (i właściwie wciąż jestem) przekonana, że jako całość będą się prezentowały znacznie lepiej niż pojedyncze tytuły. Póki co prezentuję Wam tom drugi – nieco lepszy od poprzednika, choć wciąż daleki od literackiego ideału.

We wznowieniu trylogii powstałej w latach 2003-2007 wydawnictwo Uroboros do spółki z autorem zdecydowało się na przestawienie szyku poszczególnych tomów tak, aby zachować ciągłość czasu wydarzeń. Dzięki temu po rozgrywającej się w historycznej Skandynawii Ostatniej sadze czytelnik otrzymuje jej bezpośrednią kontynuację, jaką jest osadzony w podobnym okresie Świt po bitwie, a dopiero potem Wojnę runów, której akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej. Na ten moment mogę powiedzieć, że był to zabieg udany, bo dużo łatwiej jest sięgać po te książki zgodnie z następstwem czasowym i nie wychodzić niepotrzebnie z klimatu dawnej Skandynawii i specyficznego, stylizowanego języka. Dodatkowo z tego co mi wiadomo treść Wojny runów zdradza kilka aspektów fabularnych ze Świtu po bitwie, więc tym bardziej nie warto ich ze sobą mieszać, bo można sporo sobie zaspoilerować.

W porównaniu z pierwszym tomem cyklu Świt po bitwie wypada zdecydowanie bardziej klarownie, choć może to być w pewnym stopniu zasługą tego, że z każdą kolejną stroną coraz bardziej przyzwyczajałam się do języka. Narracja nie stanowiła już tak dużego wyznania i chyba zaczęłam się powoli uczyć używanych tutaj islandzkich sformułowań, przez co przeskakiwanie wzrokiem do przypisów nie było już tak często konieczne. Treść również okazał się jaśniejsza, a jej cel dużo lepiej widoczny, niż to było w przypadku Ostatniej sagi; właśnie pod względem fabularnym Świt po bitwie spodobał mi się bardziej niż część pierwsza . Tym razem udało mi się więcej zrozumieć i wciągnąć się w przebieg wojennej akcji. Awanturniczy klimat w połączeniu ze skandynawskim chłodem i dystansem okazały się być mieszanką bardzo trafną, zwracającą uwagę i interesującą. Postaci, które już znałam, otrzymały więcej uwagi i miałam wrażenie, że są nakreślone nieco lepiej niż w pierwszym tomie, wydaje mi się również, że więcej było miejsca na ich indywidualne przemyślenia. Efektu dopełnił twardy, męski humor, który był już sygnalizowany, a tym razem miał okazję naprawdę rozkwitnąć.

Po przeczytaniu dwóch części nordyckiej sagi wciąż czeka na mnie finał – choć dwa pierwsze tomy nie spełniły wszystkich moich oczekiwań, to na ostatnią liczę najbardziej. Wojna runów jest najbliższa współczesności, a w dodatku jej akcja rozgrywa się w arcyciekawym otoczeniu, jakim jest krajobraz II wojny światowej, co daje jej bardzo duży potencjał fabularny. Ponadto historia zawarta w dwóch pierwszych częściach cyklu może całkiem nieźle się rozwinąć w zakończeniu – właśnie na to mam wielką nadzieję. Liczę, że to, co niedopowiedziane, zostanie domknięte, a zamierzchłe czasy zostaną należycie połączone z tymi bliższymi współczesności i cieszę się, że już niebawem zweryfikuję swoje oczekiwania.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.


Ostatnia saga  |  Świt po bitwie  |  Wojna runów

środa, 9 grudnia 2015

Marcin Mortka – „Ostatnia saga”

Nie pamiętam momentu, w którym pierwszy raz usłyszałam o Trylogii Nordyckiej, ale z pewnością było to dość dawno temu, najpewniej przy okazji poznawania innych książek Marcina Mortki. Teraz, gdy wydawnictwo Uroboros zdecydowało się wydać wznowienie, postanowiłam, że czas się w końcu z tekstem zaznajomić. Tytułem wstępu powiem tak: nie wiem, czego się spodziewałam, ale z pewnością było to coś zupełnie innego.

Po latach zamorskiego wygnania do Nidaros, kraju wikingów, powraca prawowity dziedzic tronu, Eryk Halvdanson, a wraz z nim także krzewiciele nowej wiary, chrześcijańscy kapłani, którzy nie cofną się przed niczym, aby z pogan uczynić gorliwych wyznawców Chrystusa. Czy skandynawski lud przyjmie obce wyznanie wraz ze wszystkimi dodatkami? A może kraj czeka bunt i wojna?

Pierwszym, co rzuca się w oczy podczas lektury, jest bardzo, ale to bardzo specyficzny język. Nie znam się zbyt dobrze na historii naszej mowy, ale styl, w jakim wypowiadają się bohaterowie Ostatniej sagi niesamowicie kojarzy mi się z Reymontowskimi Chłopami, a więc językiem XIX-wiecznej wsi. Nie jest to coś przyjemnego w odbiorze, ani łatwego, przynajmniej dla niektórych. Dodatkowo autor nie ułatwia nam zadania, dorzuca bowiem szereg islandzkich słów i zwrotów – w oryginalnym zapisie, choć (chwała mu za to!) z przypisami. Z jednej strony jest to całkiem przyjemny dodatek, z drugiej – lepiej by wyglądało, gdyby nie zdarzały się przypadki, że zwrot, który właśnie czytamy po islandzku, nie był chwilę później powtórzony po polsku w nieco tylko innym brzmieniu.

Gdy już przywykniemy do języka, czytanie idzie łatwiej, jednak nie pozostajemy całkowicie bez trudności; kolejnym wyzwaniem jest odkrycie celu i sensu fabuły. Ostatnia saga jest przede wszystkim opowieścią o chrystianizacji, o konflikcie wyznaniowym, jednak co dalej? Czytelnik obserwuje ciąg zdarzeń związany z poczynaniami kapłanów i młodego króla, patrzymy, jak miejscowa ludność zmienia swoje postawy i wychodzi naprzeciw nowym sytuacjom. Jest tu walka, są pewne refleksje, jednak wciąż brakuje temu wszystkiemu jakiejś mocnej i konkretnej osi. Nazwałabym tę książkę zbiorem przygód, ale zbyt mało tu lekkości; powiedziałabym, że to saga, ale do tego potrzeba by co najmniej jednej naprawdę mocnej postaci. I naprawdę, choć wciąż mnie to zajmuje, nie wiem, jak można określić fabułę tej powieści. Po prostu czegoś mi brak.

Skoro już wspomniałam o bohaterach, trzeba powiedzieć, że jako jednostki wypadają dość słabo, ale ich siłą jest wspólnota. Każdemu z osobna brak charyzmy i charakterystycznych cech, dzięki którym moglibyśmy ich różnicować, stawiać w opozycji do siebie i konfrontować. Niestety, większość z nich jest po prostu nijaka, a czytelnik ma trudności z odnalezieniem motywów działań nawet najważniejszych dla fabuły osób. Z czasem wszyscy zlewają nam się w jedno, jednak właśnie ten zlepek staje się kimś ważnym, w pewnym sensie stroną sporu. Możemy obserwować, jakie postawy przyjmują różne grupy – jedni przyjmują nową religię licząc na społeczny awans, inni się buntują, a jeszcze inni tak modyfikują swój światopogląd, aby pomieścił oba systemy wierzeń. Tak naprawdę to wątki związane z bogami właśnie są najciekawszymi w całej książce; w nich również występują pewne elementy fantastyki.

Nowe wydanie Ostatniej sagi jest wzbogacone o bonus – premierowy prequel, opowiadanie Smocze nasienie, które otwiera pierwszy tom trylogii. Musze przyznać, że obawiałam się pustego chwytu marketingowego i byłam bardzo miło zaskoczona po lekturze tekstu – zdecydowanie nie jest on napisany na siłę. Prequel przybliża nam wydarzenia, które doprowadziły do ucieczki i sieroctwa Eryka, a także w znacznej mierze ukształtowały charakter przyszłego mściciela. To bardzo cenny dodatek, a jeśli mam być szczera, nie chcę nawet myśleć, jak ciężko było wgryźć się w świat trylogii, gdy tego opowiadania nie było.

Kończąc powoli swoją opowieść o Ostatniej sadze powiem, że jestem w pewnym stopniu rozczarowana. Dość długo męczyłam się, aby wciągnąć się w lekturę, obiecując sobie, że będzie warto, a koniec końców niespecjalnie mi się podobało. W powieści jest sporo akcji, znajdziemy tu kilka dobrych, dynamicznych scen i parę wątków godnych uwagi, jednak jako całość książka może nas mocno wymęczyć. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest pewna grupa zainteresowanych, dla których opowieść z pewnością będzie interesująca, jednak mnie po prostu czegoś brak. Pocieszam się tym, że kolejne części trylogii różnią się od siebie (a przynajmniej tak słyszałam), więc jest szansa, że bardziej przypadną mi do gustu.  Już niebawem przekonam się, jak to będzie naprawdę; kto wie, może po przeczytaniu całości odkryję coś, co nada sensu pierwszemu tomowi opowieści?





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroboros, będącemu częścią GW Foksal.