wtorek, 17 maja 2016

David Levithan – „Każdego dnia”

Szesnastoletni A żyje w sposób niezwykły, każdego dnia znajduje się bowiem w ciele innej osoby. Nie wiadomo, dlaczego tak jest, jednak to fakt: chłopak budzi się co rano jako inny rówieśnik, w zupełnie nowym otoczeniu. Ciągłe zmiany zmusiły go do wypracowania takich strategii postępowania, by wyrządzić kolejnym osobom jak najmniej osobistych szkód – mając dostęp do ich wspomnień stara się zachowywać maksymalnie neutralnie. Plan brzmi świetnie, jednak ma pewną wadę: nie uwzględnia spotkania absolutnie zachwycającej dziewczyny, która zmieni wszystko…

Znaczna część opinii na temat tej książki, z którymi miałam do czynienia do tej pory, zaczynała się od stwierdzenia, że „każdy z nas zastanawiał się, jak to jest być kimś zupełnie innym”. Kiedy jednak zaczęłam bardziej nad tym rozmyślać, doszłam do wniosku, że nie pamiętam, abym sama podchodziła do tematu w ten sposób. Może te myśli mi umknęły, a może po prostu nigdy się nad tym nie zastanawiałam; nie zmienia to jednak faktu, że pomysł Davida Levithana na fabułę spodobał mi się niemal od samego początku. Opis życia chłopaka, który każdego dnia zmienia ciało i musi wcielać się w nową osobę, już na starcie zyskuje punkty za oryginalność i ma całkiem duży potencjał. Wykorzystany? Cóż, to pewnie kwestia mocno subiektywna…

Przede wszystkim trzeba jasno powiedzieć, że książka jest w znacznej mierze opowieścią o nastoletniej miłości i to jej podporządkowane są wszystkie elementy fabularne. W momencie, w którym nasz bohater poznaje Rhiannon, kolejne wcielenia przestają mieć dla niego znaczenie. Jasne, podobny mechanizm ma miejsce u każdej zakochanej osoby, jednak z perspektywy czytelnika zafascynowanego samym pomysłem Levithana miałam wrażenie, że wszystko to w którymś momencie schodzi na dalszy plan. Jest co prawda kilka osób, które doczekały się szerszego opisania, jednak zdecydowana ich większość jest po prostu pominięta, zbyta kilkoma zdaniami opisu, a cały sens egzystencji A w ich ciałach sprowadza się do wyjazdu na kolejne spotkanie z ukochaną.

Skoro już mowa o Rhiannon: niesamowicie łatwo przyszło jej zrozumienie całej sytuacji. Spodziewałam się wielu trudności i zawirowań, a tymczasem nasza bohaterka bardzo szybko przeszła nad sprawą do porządku dziennego. Można to oczywiście zrzucić na karb pomysłu autora (skoro możliwe jest wcielanie się w inne osoby, to mogą również istnieć dziewczyny, którym nie sprawia to problemu, prawda?), jednak to nie do końca tak działa. O ile w przypadku A pewien brak racjonalizmu można by zrzucić na karb zakochania, o tyle przy Rhiannon sprawa jest dużo bardziej skomplikowana… Mówiąc krótko: coś mi w tej relacji nie grało pod względem autentyczności reakcji i przyjmowania pewnych spraw.

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest tak, że książka Levithana mi się nie podobała, bo lekturę zakończyłam zadowolona. Całość jest płynna, dynamiczna i ciekawa, a prezentowana historia potrafi naprawdę wciągnąć czytelnika. Początek książki totalnie mnie zachwycił, dopiero z czasem znaczna jej część stała się powtarzalna i nie były jej w stanie ubarwić nawet kolejne, bardzo różnorodne wcielenia A. Trudna miłość, oparta na zasadzie „wygląd nie jest najważniejszy”, okazała się jakoś mniej trudna, niż się spodziewałam, a cała opowieść jest znacznie mniej gorzka, niż mogłaby być. Do tego niestety nie doczekaliśmy się należytego wyjaśnienia tak nieprawdopodobnego pomysłu.

To miała być pozytywna recenzja, nie wiem, dlaczego tak wyszło…