czwartek, 18 maja 2017

Robert Seethaler – „Całe życie” [przedpremierowo]


Wydaje mi się, że powinien powstać (czy raczej zostać oficjalnie sklasyfikowany) gatunek taki jak powieść minimalistyczna. Pośród tendencji łaskawych dla historii wielotomowych lub objętościowo przytłaczających (powyżej 500 stron) pojawiają się bowiem teksty krótkie i proste: minimalistyczne lub, jak kto woli, po prostu surowe. Oszczędność formy, historia na pierwszym planie, uniwersalizm losów bohaterów – takie cechy gatunkowe mogłaby mieć powieść minimalistyczna. A książka Roberta Seethalera byłaby idealną jej przedstawicielką.

Kiedy przyglądamy się Całemu życiu, opis fabuły dostrzec możemy w tytule: książka faktycznie opowiada historię człowieka od narodzin aż do samej śmierci. Głównym bohaterem powieści jest Andreas Egger, od dzieciństwa poniewierany jako sierota, a wreszcie doprowadzony do kalectwa przez agresywnego opiekuna. Jego historia naznaczona jest cierpieniem (i fizycznym, i psychicznym), ale pod względem emocji to opowieść raczej neutralna; autentyczna, bo równoważąca blaski i cienie. Odnajdziemy tu popularne wątki związane z miłością, wojną, a także próbami przystosowania się do nowej, nieznanej sytuacji. A to wszystko w anturażu prostego życia bliskiego naturze i możliwie jak najmniej ją krzywdzącego. 

Wiele osób, z których opiniami się spotkałam, podnosi, że historia stworzona przez Seethalera jest uniwersalna i można ją traktować jako alegoryczną. Moim zdaniem są to słowa nieco na wyrost, bo choć w książce można odnaleźć różnorodne metafory, losy głównego bohatera mają również swoją specyfikę i podlegają przemianom, które dla współczesnych odbiorców nie koniecznie muszą być bliskie. Sam bohater nakreślony jest dość dobrze: w drobnych gestach czy podkreślonych refleksjach można odnaleźć naprawdę dużo jego cech, a obraz ten jest tyleż spójny, co… zwyczajny. 

Jeśli chodzi o konstrukcję powieści, faktycznie jest ona minimalistyczna, czy, jak kto woli, surowa. Zmieszczenie na 170 stronach całej historii życia człowieka to nie lada wyzwanie i konieczna była do jego realizacji bardzo oszczędna forma. Styl jest prosty, a sama opowieść nie zawiera praktycznie żadnych ozdobników. Co zaskakujące, w ostatecznym rozrachunku nie jest to jedynie zbiór faktów; autor po prostu bardzo mądrze rozkłada akcenty i zamiast „na wszelki wypadek” opisywać wszystkie szczegóły historii, wybiera tylko niektóre i to je podkreśla nadając powieści wyjątkowego charakteru. Dla mnie jednak było to zdecydowanie zbyt mało: nie jestem w stanie docenić minimalizmu, gdy chciałabym dowiedzieć się więcej o życiu czy refleksjach bohatera, którego poznaję. 

Czytałam, że jest to powieść zachwycająca, zapierająca dech w piersiach, kojąca. Mam wrażenie, że takie określenia i odczucia nie pasują do mnie, mojego stylu życia i odbioru literatury. Te 170 stron nie zdziałało w moim życiu cudów: nie przystanęłam, nie zastanowiłam się nad swoją codziennością, nie odkryłam w nim niespotykanych dotąd pokładów piękna. Choć historia Andreasa Eggera może być urokliwa, to nic poza tym – dla fanów literackich fajerwerków z pewnością będzie rozczarowująca. Ja ocenię ją jako przeciętną mając na uwadze, że choć mojego serca nie skradła, z pewnością znajdzie wielu zwolenników wśród miłośników prostoty, metafor i refleksji. Zachęcam do spróbowania na własnej skórze – nie masz nic do stracenia, bo lektura zajmie chwilę, a kto wie, może odkryjesz zamiłowanie do nowego, jeszcze nie opisanego gatunku literackiego?






Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.
Premiera 24 maja!