sobota, 25 marca 2017

Kerry Drewery – „Cela 7” [recenzja przedpremierowa]


Szesnastoletnia Martha Honeydew została przyłapana z pistoletem w ręku nad ciałem gwiazdora i ulubieńca tłumów, Jacksona Paige’a. Jeszcze na miejscu przyznała się do winy. Trafiła do aresztu, gdzie spędzi kolejne 7 dni. Jej proces będzie toczył się publicznie, a przez cały czas jego trwania widzowie będą mogli wyrażać swoją opinię. O jej winie lub niewinności zdecyduje głosowanie. Jeśli społeczeństwo wybierze pierwszą opcję, Martha zostanie stracona.

W ostatnim czasie starałam się unikać powieści dla młodzieży – po części ze względu na przesyt i wtórność tematów, ale też przez zmęczenie młodymi bohaterami, których problemy stają się dla mnie coraz bardziej odległe. Z tego względu kiedy dostałam propozycję przeczytania i opisania na blogu Celi 7 musiałam się bardzo poważnie zastanowić. Ostatecznie mimo obaw dałam się skusić ciekawym tematem i decyzji nie żałuję.

Pod względem treści książka prezentuje się naprawdę ciekawie – zamiast wykreować oderwaną od rzeczywistości dystopię, autorka skupiła się na wyolbrzymieniu dwóch elementów, które znajdziemy już we współczesnym świecie. Demokracja została tam rozdmuchana do skali globalnej, a przekonanie, że większość na pewno ma rację, pozwoliło na likwidację instytucji sądów na rzecz systemów do głosowania. O winie lub niewinności w sprawach najcięższych zbrodni (a niebawem, według planów, również w kwestii innych przestępstw) przesądza ogół społeczeństwa – w każdym razie tak powinno być w teorii. Szybko okazuje się jednak, że to tylko pozór: głosowanie jest płatne i można go dokonywać wielokrotnie, a więc osoby z biedniejszych dzielnic nie mają równorzędnych praw i możliwości.

Kolejnym istotnym elementem jest rola mediów i kreowania wizerunku. Abstrahując od sensowności całego procesu, aby społeczeństwo mogło dokonać jasnego i sprawiedliwego osądu, powinno mieć dostęp do wszelkich danych, tymczasem informacje, które docierają do opinii publicznej są poddawane ostrej selekcji, a gdy trzeba – także odpowiednim modyfikacjom. Analizy dowodów nie przedstawia się ze względu na koszta. Każda sprawa omawiana jest w specjalnym telewizyjnym show „Sprawiedliwością jest Śmierć”, które przy wsparciu pseudoekspertów oraz wyssanych z palca danych manipuluje opinią publiczną i jest w stanie odpowiednio nastawić widzów poprzez nadawanie konkretnym zbrodniom odpowiedniego znaczenia. Ci oskarżeni, którym udało się uniknąć kary, stają się elementem kłamliwego systemu, by na zewnątrz dodawać mu wiarygodności.

Jeśli chodzi o samą fabułę, książka jest dynamiczna, wciągająca i ciekawa. Od samego początku sugeruje się czytelnikowi, że Martha jest niewinna, a jednak nie wiemy, dlaczego zdecydowała się przyznać i kogo tym samym kryje. Chłopaka? Pod płaszczykiem domniemanej historii miłosnej kryje się coś znacznie głębszego, problem o skali rozciągniętej na cały kraj. Główna bohaterka z jednej strony przeciwstawia się systemowi i obnaża jego słabe punkty, z drugiej zaś – prowadzi osobistą krucjatę, by zadośćuczynić za sprawy sprzed lat. Jestem zachwycona tym, jak autorka posplatała losy poszczególnych postaci stawiając na ich drodze te same momenty kluczowe lub po prostu podobne odczucia w związku z niesprawiedliwym systemem. Pomysł na tę książkę był świetny i świetnie został zrealizowany.

Jedyne, czego będę się czepiała, to zapis niektórych rozdziałów. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego poszczególne odcinki show „Sprawiedliwością jest Śmierć”, które znajdują się w książce w całości, zapisane są w formie stenogramu. Do szału doprowadzały mnie powtarzające się wstępy, toporne opisy zachowań postaci i przez to zupełnie nie potrafiłam skupić się na treści. Praktycznie za każdym razem układałam sobie w głowie, jak mogłoby to brzmieć w normalnej narracji i wciąż jestem przekonana, że książka tylko by na tym zyskała.

Mimo że Cela 7 jest klasyczną powieścią dla młodzieży, mnie się spodobała – autorce udało się znaleźć równowagę pomiędzy typowo nastoletnimi zachowaniami (buntownicze nastawienie, mściwość, poszukiwanie tożsamości poprzez mocne zaznaczanie swojej obecności), a globalnym problemem, które swoje źródła ma już dziś. Zaczynam myśleć, że osadzenie nurtu young adult i new adult w wizjach podobnych do tych z książek Marca Elsberga czy serialu Black Mirror może być całkiem dobrym pomysłem, zwłaszcza że fantastyczne, oderwane od rzeczywistości światy chyba nieco się już wypaliły. Chętnie przeczytałabym więcej podobnych książek.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Młody Book.
Premiera 29 marca!

czwartek, 23 marca 2017

„Rewers” – antologia opowiadań kryminalnych


Jeśli już nieco mnie znasz, możesz zastanowić się wraz ze mną – czy kiedykolwiek nauczę się, że opowiadania nie są „moim” gatunkiem literackim? Kolejny raz zupełnie o tym zapomniałam i z ogromnymi nadziejami sięgnęłam po zbiór, który miał mnie zachwycić. Co mnie podkusiło? Jestem niemal pewna, że to zasługa nazwiska Mroza na okładce. I opisu. I pomysłu. Jedenastu autorów kryminałów osadzających akcję w jedenastu różnych miastach. Brzmi wspaniale, prawda? Niestety całość prezentuje się bardzo przeciętnie, czyli tak, jak większość antologii, z którymi do tej pory miałam styczność.

Można to poczytać jako wadę lub zaletę, ale najmocniejszy punkt programy znajduje się na samym początku. Babcia Wiśniewska Wojciecha Chmielarza to świetna opowieść nawet dla takich „antyopowiadaniowców” jak ja – nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa, a krótka forma idealnie współgra z domkniętą, spójną historią o lekko anegdotycznym zabarwieniu. Humor łączy się tu z nutą nowoczesności w stylu, a całość dopełnia przyjemnie gorzkie zakończenie. Dla tej historii o przedsiębiorczej babci-dilerce, ulubienicy półświatka, warto wziąć do ręki cały zbiór, serio.

Nieco tylko słabsze (ale wciąż bardzo dobre!) jest opowiadanie Joanny Opiat-Bojarskiej, która zaprezentowała nietypową zabawę konwencją: dla krótkiej formy przyjęła równie krótkie ramy czasowe, podgrzewając atmosferę odpowiednim dawkowaniem kolejnych elementów zagadki. Przeplatające się zeznania dwóch podejrzanych kobiet o podobnym domniemanym motywie przyjemnie mącą czytelnikowi w głowie i sprawiają, że rozwiązanie pozostaje tajemnicą do samego końca. Do tego dochodzi lekki styl autorki, który skutecznie zachęcił mnie do sięgnięcia w końcu po którąś z jej powieści.

Trzecim świetnym tekstem w zbiorze jest moim zdaniem opowiadanie Małgorzaty Sobieszczańskiej o szeroko pojętych stosunkach między sąsiadami. Autorka skusiła się na pokazanie społeczności multi-kulti, w której pod płaszczykiem codziennych uprzejmości kryją się całe sterty uprzedzeń i narastających frustracji. Niewyjaśnione zatargi, niewypowiedziane inwektywy i masa stereotypów wypływają na światło dzienne, gdy czarę goryczy przelewa popełnione na terenie posesji morderstwo. Oprócz ciekawej zagadki autorka zafundowała nam dużą dawkę humoru, a także odpowiednio zaskakujące zakończenie.

Nad rozczarowaniami pastwić się nie będę, ale o niektórych wspomnieć muszę. Siłą rzeczy najbardziej zawiodłam się na Mrozie, bo jego książki znam najlepiej i to po nim spodziewałam się najwięcej. Niestety, Przez ciemne okulary wydało mi się opowiadaniem pozbawionym jakiegoś ważnego elementu, o suspensie zupełnie bez charakteru. Negatywnie zaskoczyła mnie również Marta Guzowska – jej styl, język i sposób budowania napięcia zniechęcił mnie tak skutecznie, że szybko pozbyłam się kupionej niedawno Ofiary Polikseny. Nie zachwyciły mnie również kryminały retro Marcina Wrońskiego i Ryszarda Ćwirleja – choć ten gatunek z założenia często do lekkich nie należy, testy obu panów były dla mnie ponadprzeciętnie przytłaczające pod względem klimatu.

Kilka tekstów mnie zachwyciło, kilka rozczarowało – bilans jak zwykle wyszedł na zero. Podejrzewam, że część osób lepiej odnajdzie się w niektórych historiach, dla mnie jednak większość z nich była po prostu przeciętna. Wychodzi na to, że muszę się pogodzić z własnymi ograniczeniami i zaakceptować, że nie jestem wielką fanką opowiadań. Chętnie poznam za to twórczość Joanny Opiat-Bojarskiej – to tak żeby lektura Rewersu nie okazała się całkowicie bezowocna.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

wtorek, 21 marca 2017

Łukasz Walewski, Marcin Pośpiech – „Ambasadorowie”



Po genialnym Przywitaj się z królową (tekst o nim znajdziesz tutaj) nie miałam żadnych wątpliwości, czy sięgać po kolejną książkę Łukasza Walewskiego, zwłaszcza że opowieść wciąż pozostaje związana z tematem szeroko pojętej dyplomacji. Autor, tym razem we współpracy z radiowym kolegą, sięga do ciekawego i jednocześnie słabo znanego szerszej publiczności tematu, mianowicie odkrywa przed nami kulisy pracy ambasadorów. Na podstawie rozmów z osobami pełniącymi tę funkcję obecnie i w przeszłości, autorzy zgromadzili całe kompendium wiedzy o blaskach i cieniach ambasadorskiego życia.

Największym plusem, a jednocześnie największym minusem tej książki jest forma, na jaką zdecydowali się autorzy. Podczas gromadzenia materiałów, jak sami mówią, przeprowadzili dziesiątki rozmów z wieloma ambasadorami i zebrali bardzo dużo danych o zróżnicowanej tematyce. Udało im się podzielić to bardzo sensownie na spójne rozdziały traktujące o konkretnych aspektach dyplomatycznego życia. W wielu miejscach głos został oddany samym ambasadorom, co zdecydowanie ubarwia opowieść, bo zamiast teoretycznego traktatu o zasadach mamy czystą praktykę, co w zdecydowanej większości przypadków oznacza to, co tygryski lubią najbardziej: anegdoty. Dzięki nim opowieść jest lekka i bardzo przyjemna w odbiorze.

Niestety, wydaje mi się, że w przekazywaniu głosu dyplomatom autorzy nieco się zapędzili, oddali zbyt dużo pola. W wielu rozdziałach mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie kolejne akapity budowane są według schematu: jedno, dwa zdania wprowadzenia w temat + jak wspomina/tłumaczy/mówi/opowiada (były) ambasador… + krótka opowieść, czasem okraszona cytatami. Na samym początku nie przeszkadzało mi to jakoś mocno, ale im dalej, tym więcej takich akapitów i tym silniej widać schemat, który lekko uwiera czytelnika. Na szczęście nie cała książka jest tak skonstruowana – zdarzają się miejsca, gdzie narracja jest płynniejsza, autorzy pozwalają sobie na więcej tekstu własnego i dzięki temu budują naprawdę świetną opowieść.

Jeśli rozważasz pracę w dyplomacji, nie jestem pewna, czy ta książka zafunduje Ci dodatkową motywację – wiele opisywanych historii, choć zabawnych, nie należy do gatunku „chcę to przeżyć na własnej skórze”. Ambasadorowie są jednak pozycją świetną dla wszystkich maniaków ciekawostek (piąteczka!) – tak dużego zbioru anegdot i smaczków z dyplomatycznego życia nie miałam jeszcze w swoich rękach. Książka świetnie uzupełnia wspomniane już Przywitaj się z królową prezentując te elementy, które w poprzednim tekście Łukasza Walewskiego zostały przemilczane bądź nie do końca było na nie miejsce. Jako samodzielna pozycja również prezentuje się ciekawie – pokazuje specyfikę dyplomacji w różnych częściach świata, nie idealizuje zawodu, a dzięki zaproszeniu do współpracy zarówno byłych, jak i obecnych ambasadorów, przyjemnie uwypukla kontrast między obecnym charakterem dyplomacji, a jej kształtem chociażby w czasach PRL-u. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

niedziela, 19 marca 2017

Spotkanie po latach: Suzanne Collins – „Igrzyska Śmierci”


Pamiętam do dziś, jak wiele emocji towarzyszyło mojej lekturze książek Suzanne Collins. Miałam wtedy 20 lat, nie prowadziłam jeszcze książkowego bloga i dopiero wchodziłam w świat nowoczesnych powieści dla młodzieży. Nie czytałam wcale aż tak dużo, nie miałam określonego gustu, ale od wszelkich mniej lub bardziej wydumanych wizji przyszłości trzymałam się z daleka. Trylogię pochłonęłam w ekspresowym tempie, z wypiekami na twarzy, kilka razy mając ochotę zwyczajnie rzucić książką o ścianie. Wierz lub nie, ale praktycznie w ogóle mi się to nie zdarza. 

Już od dłuższego czasu, gdy przy różnych okazjach wypływał temat Igrzysk Śmierci, zastanawiałam się, jak odebrałabym tę książkę dziś. Od tamtej pory wszelkiego rodzaju dystopie miały swoje 5 minut, a ja poznałam ich całą masę, bo przez kilka lat uwielbiałam ten gatunek do szaleństwa. Wszystko, co było porównywane do książek Collins, brałam w ciemno, jednak żadna z kolejnych opowieści nie zapadła mi w pamięć tak mocno. Prawo pierwszej miłości? Być może. To właśnie mnie nurtowało, dlatego też podczas kolejnej nierównej walki z niechęcią do czytania postanowiłam zrobić sobie wolne i wrócić do dawnego obiektu westchnień, żeby zweryfikować, co tak naprawdę uważam na jego temat.

Rozpoczynając lekturę miałam dwa przeczucia: że treść będzie mi pachnieć schematem oraz że nic mnie nie rozemocjonuje, skoro znam już wszystkie fakty. W obu przypadkach bardzo mocno się pomyliłam. Mimo że zdążyłam poznać masę dystopijnych młodzieżówek, aż w końcu ich wtórność zaczęła wychodzić mi bokiem, tutaj zupełnie tego nie odczułam. Być może to zasługa tego, że ciężar historii Collins nie spoczywa na romansie, a gdy już wypływa temat uczuć, autorka woli fundować czytelnikom rollercoaster niż słodką sielankę. Wydarzenia prezentowane są szybko, nie ma tu miejsca na nudę, a obraz, który kreśli Collins, za każdym razem fascynuje, niezależnie czy mowa o barwnym świecie Kapitolu, czy też brutalnych wydarzeniach na arenie. Każdy z tych elementów stworzony jest należycie i ciekawie, opisany wystarczająco dokładnie, mimo że akcja gna do przodu jak szalona. Z jednej strony miałam poczucie, że wszystkiego dotykamy po łebkach, z drugiej zaś nie pozostałam z żadnym niedosytem.

Pomyliłam się również w kontekście emocji, które miała stłumić znajomość treści. Pominę fakt, że wcale tak dużo nie zapamiętałam – właściwie miałam w głowie ogólny zarys fabuły oparty na najważniejszych punktach, bez szczegółów. Nie wiedziałam, w jakiej kolejności i w jaki sposób zginą poszczególni trybuci, zdążyłam zapomnieć, jak wygląda Kapitol i jego mieszkańcy, umknęło mi wiele scen ważnych dla relacji Katniss i Peety. Wraz z upływem lat z głowy uciekły mi praktycznie wszystkie szczegóły, a to właśnie one stanowią o sile tej opowieści. Suzanne Collins utkała historię niezwykłą, a przy tym bardzo dopracowaną. Wszystkie emocje, których cień zapamiętałam z poprzedniego spotkania z Igrzyskami…, odżyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okazało się, że znajomość zakończenia, nie odbiera satysfakcji z lektury i nijak nie pomaga radzić sobie z przeżyciami w trakcie, natomiast wiedza o finale trylogii nie umniejsza tego, co wkurza nas w zakończeniu pierwszej części. Naprawdę boję się sięgnąć po W pierścieniu ognia – to właśnie przy tej książce najczęściej się denerwowałam i przerywałam lekturę, by odetchnąć; obawiam się, że tym razem będzie jeszcze gorzej.

Choć wydawało mi się, że do książki wrócę jak do starego przyjaciela, od samego początku wiedziałam, że to nie jest świat, do którego się wraca. Panem wciąż wywołuje we mnie głównie poczucie zagrożenia, choć już dawno powinnam była z tego wyrosnąć. Wygląda na to, że Igrzyska Śmierci będą dla mnie tym samym, czym cykl o Harrym Potterze – świetną książką, która poprzez formę przekazu nie może być klasyfikowana jako literatura dla młodszego czytelnika. Suzanne Collins, podobnie jak J.K. Rowling, ma niezwykły dar poruszania serc i takiego tkania świata oraz relacji między postaciami, że czytelnik czuje się jakby sam był uczestnikiem opisywanych w książce zdarzeń. 

Czasem warto wrócić do książki, która urosła w naszych oczach do rangi mitu. Choć bałam się rozczarowania, spotkało mnie coś wspaniałego: przypomnienie, że czytanie może być emocjonującą przyjemnością.


piątek, 17 marca 2017

Logan (2017)


Nigdy nie widziałam żadnego z filmów o Wolverinie. Nie pasjonuję się uniwersum X-menów, zarówno filmowym, jak i komiksowym. Do kina wybrałam się właściwie tylko ze względu na Sylwka i spodziewałam się raczej zwykłego filmu o superbohaterach, no, może w nieco mroczniejszym klimacie. Jak bardzo się myliłam… Powiem krótko: od dawna nie byłam w kinie na czymś tak dobrym. Po napisach końcowych nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez kolejne dni usiłowałam stworzyć zwyczajową notkę na Facebooka, ale nie byłam w stanie skrócić tego, co mam do powiedzenia. Ostatecznie ze wszystkich moich przemyśleń powstał ten właśnie wpis.

Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, jest ciężki i przygnębiający klimat opowieści. Głównym punktem całej historii jest nieludzkie okrucieństwo zadawane dzieciom, ale to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Obserwujemy, jak kształtuje się osobowość X-23, a każde kolejne doświadczenie dziewczynki jest bardziej traumatyczne od poprzedniego. Do tego dodać należy bardzo wiele gorzkich wniosków, do których na każdym kroku dochodzą bohaterowie oraz ogólną brutalność poszczególnych scen. Uniwersum, z którego wywodzi się cała historia, jest w oczywisty sposób fantastyczne poprzez istnienie samoczynnych mutacji genetycznych i, co za tym idzie, specjalnych zdolności, a jednak Loganowi znacznie bliżej do prawdopodobnego życiowo science-fiction niż całkowicie fikcyjnej opowieści. Dążenia zarówno „złej”, jak i „dobrej” strony są bardzo naturalne i bliskie temu, co możemy spotkać w naszym świecie, a temat babrania się w ludzkim genotypie w celu uzyskania superbroni wydaje mi się tak realny, jak prawdopodobny.

Choć według zwiastunów i opisów Logan zdawał się być w znacznej mierze historią X-23, dla mnie jest to przede wszystkim domknięcie losów dwóch bardzo ważnych postaci uniwersum X-men: Wolverine’a oraz Profesora Xaviera. Obaj bohaterowie są w filmie zaprezentowani jako zmęczeni życiem i swoimi doświadczeniami, ich niezwykłe moce zdają się być pokonywane przez wiek. Smutno jest patrzeć na ich odchodzenie, zwłaszcza że jest ono zaprezentowane tak naturalnie i zwyczanie. To trochę tak, jakby twórcy filmu chcieli nam pokazać, że niezależnie jak wielki mamy umysł i jak silne ciało, każdy z nas jest podporządkowany prawom przemijania. Z drugiej strony niezwykle przyjemnie było patrzeć na relację obu bohaterów, gdzie Xavier jest typowym marudnym i uciążliwym starcem, a Logan opiekuje się nim tak, jak własne dzieci zajmują się swoimi odchodzącymi rodzicami, mimo że im samym często brakuje sił i cierpliwości. Mnóstwo jest tu humoru, uszczypliwości, ale też niezwykle autentycznych emocji i reakcji, które mnie osobiście bardzo mocno chwyciły za serce.

Jeśli chodzi o słabe strony filmu, moim zdaniem jest tylko jedna – luki fabularne. Rozumiem, że to jedna z alternatywnych osi czasu świata mutantów i pewnie jej twórcy sami do końca nie nakreślili szczegółów, ale mimo wszystko brak informacji jest momentami doskwierający. Tym niemniej Logan sam w sobie stanowi opowieść na tyle kompletną i angażującą, że nie ma powodów, by w jakikolwiek sposób się do niego zniechęcać.

Poszłam na film o superbohaterach, a trafiłam na bardzo dobry, autentyczny i przejmujący dramat – całkiem dobry deal. Z tego co widziałam, nie byłam jedyną osobą na sali, której zabrakło słów i chyba całkiem sporo z nas nie było przygotowanych na to, co nas czeka. Warto było się wybrać, bezapelacyjnie. Coś tak czuję, że to będzie jeden z najlepszych filmów, jakie będzie mi dane poznać w tym roku.


środa, 15 marca 2017

Aneta Jadowska – „Akuszer bogów”


Jej świat nigdy nie należał do najbardziej uporządkowanych, ale przynajmniej zachowywał pewną stabilność. Po ostatnich wydarzeniach musiała się jednak pożegnać nawet z tym marnym pocieszeniem. To, co do tej pory brała za pewnik, legło w gruzach. Na domiar złego prawdę o sobie będzie musiała odkryć sama, wyruszając w niebezpieczną podróż do kolebki nordyckiej magii. Zagrożeń nie zabraknie, a pierwsze drzemie w niej samej…

Ten wpis miał pojawić się na blogu w Dzień Kobiet i zaczynać się od słów „naprawdę nie lubię postaci żeńskich”. Ostatecznie z pomysłu nic nie wyszło, ale słowo wstępu pozostaje jak najbardziej aktualne – zwykle negatywnie nastawiam się do książek o kobietach, bo rzadko spotykam takie bohaterki, które nie zostały wpasowane w najpopularniejsze schematy: rozpraszającą miłość, obezwładniające poświęcenie czy trudny los ofiary. Na szczęście istnieją wyjątki, a jednym z nich jest wykreowana przez Anetę Jadowską Nikita. Całkiem niedawno na rynku pojawiła się kontynuacja jej losów, a że Dziewczyna z Dzielnicy Cudów zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, koniecznie musiałam sięgnąć po kolejną część.

Co takiego ma w sobie ta zabójczyni, że należy do szacownego grona zachwycających mnie bohaterek? Oprócz oczywistych walorów w postaci siły, ciętego języka i względnej samowystarczalności, cieszy mnie stała możliwość odkrywania jej tajemnic. Nikita sama nie do końca rozumie, kim jest, więc czytelnik ma okazję wraz z nią rozwiązywać tę zagadkę. Podczas skandynawskiej podróży stopniowo pojawiają się kolejne fakty uzupełniające układankę, jednak napięcie dawkowane jest perfekcyjnie. Dodatkowo jako bohaterka nie ma tych zwyczajnych, oklepanych słabości, a to, co jest w stanie ją przestraszyć/wytrącić z równowagi, ma raczej charakter nemesis: widać wyraźnie, że sama Nikita jest częścią czegoś większego, czy tego chce, czy nie; czegoś, co zbyt często wymyka jej się spod kontroli.

Podkreślając tajemniczość głównej bohaterki nie sposób nie wspomnieć również o jej zawodowym partnerze, Robinie. Pozbawiony pamięci, ale władający potężną i wszechstronną magią mężczyzna stanowi zagadkę, której rozwiązanie kusi nas jeszcze bardziej, niż poznanie dalszych losów Nikity. Co ciekawe Aneta Jadowska udowadnia, że można postawić w jednym szeregu, ramię w ramię, postać męską i kobiecą, nie ujmując żadnej z nich wiedzy, doświadczenia i umiejętności. Bohaterowie świetnie się uzupełniają i – co ważne – nie ma między nimi romansu, a jedynie sympatyczna, pełna wzajemnych przytyków zależność, która daje książce dodatkowe elementy humorystyczne.

Kolejnym ważną zaletą zarówno Akuszera… jak i całego cyklu o Nikicie jest świat przedstawiony. Nie od dziś wiadomo, że Aneta Jadowska garściami czerpie ze wszelakich wierzeń, mitologii, religii, nauk magicznych i innych podobnych spraw, po czym wrzuca je do jednego kotła i bez skrupułów miesza. Nie inaczej jest tym razem: choć poruszamy się w kręgu magii nordyckiej (walkirii, berserków, wilkołaków), to ważną rolę w treści odegrają również bardziej uniwersalne elementy. Co ważne, w porównaniu do Dziewczyny z Dzielnicy Cudów mamy tu znacznie mniej opisów, na czym zdecydowanie zyskuje tempo akcji. Lekko przegadany pierwszy tom stanowił bardzo dobre wprowadzenie, natomiast część druga tylko uwypukla zasygnalizowane wątki i podkreśla najważniejsze elementy świata. Nie brak tu mocnych, brutalnych scen, zagrożenie od początku do końca dyszy Nikicie w kark, a poszczególnym bohaterom zdarza się popełniać błędy, za które przyjdzie im słono zapłacić. 

Nie mogę się pogodzić z komentarzami osób, które coś kiedyś usłyszały na temat cyklu o Dorze Wilk i teraz odrzucają również Nikitę jako bohaterkę kolejnego paranormal romance. Nic bardziej mylnego! Wspominałam już o tym w kontekście pierwszej części, a teraz powtórzę: książki o Nikicie są zupełnie inne. To opowieść dojrzalsza, lepiej przemyślana, bardziej wciągająca pod względem fabuły, mroczniejsza i ciekawsza od swojej starszej siostry. Mam wrażenie, że to historia przeznaczona dla zupełnie innego odbiorcy – Akuszer…, podobnie jak Dziewczyna z Dzielnicy Cudów, to pełnokrwiste urban fantasy, którego lektura daje bardzo dużo satysfakcji. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.