niedziela, 28 lutego 2016

Michael Morys-Twarowski – „Polskie imperium”



Ten obraz koliduje z typowym spojrzeniem na polską historię, w której dominują straceńcze zrywy, czasami z lekką nutą efektownych, lecz niewykorzystanych zwycięstw, i nade wszystko przekonanie, że największym przekleństwem naszego kraju jest położenie geograficzne między Niemcami a Rosją. Nic bardziej mylnego! To położeniem na mapie próbuje się wyjaśniać skutki głupiej polityki zagranicznej – i wiele osób to kupuje. Dawniej nie było problemem, z kim graniczyła Polska, bo… graniczyła z kim chciała.[s.20-21]


Z czym kojarzy nam się historia własnego kraju? Gdy o niej opowiadamy, robimy filmy lub piszemy książki, zwykle skupiamy się na czasach, gdy ciemiężony naród musiał wyzwalać się z kajdan, co czynił dzięki niezłomności i sile charakteru. Są to z pewnością cechy chwalebne, jednak ich ciągłe podkreślanie stawia nasz kraj w pozycji ofiary, co z kolei jest dla Polski dość krzywdzące. Wszak były okresy historyczne, gdy odnosiliśmy szeregi sukcesów, a nasze terytorium i wpływy sięgały znacznie dalej, niż obecne granice. Największe mocarstwa drżały przed groźbą ataku z naszej strony, a układy, które zawieraliśmy, przynosiły nam wiele korzyści. Byliśmy silni i wielcy, a mimo to wciąż o tym zapominamy, o czym świadczy fakt, że w naszym języku właściwie nie funkcjonuje termin „polskie imprerium”.

Naprzeciw tej tendencji wychodzi najnowsze „dziecko” wydawnictwa Znak oraz portalu Ciekawostki Historyczne, książka Michaela Morys-Twarowskiego. W trzynastu rozdziałach zostały tu przedstawione sukcesy polityki zagranicznej Rzeczpospolitej Polskiej od XI do XVIII wieku. Co ważne, jest to opowieść nie tylko o Litwie czy Ukrainie, które wszyscy znamy i kojarzymy jako dawne terytorium naszego kraju; w tej opowieści pojawiają się również krainy tak dalekie jak Bari i Tobago, przemilczane na lekcjach historii (w każdym razie na tych, które były moim udziałem w czasach szkolnych).

Wielkim pozytywem jest styl autora – Twarowski ma prawdziwy dar opowiadania, dzięki któremu książkę czyta się łatwo i niezwykle przyjemnie. Mimo licznych źródeł, cytatów i treści zewnętrznych, tekst jest płynny, a całość utrzymana jest raczej w konwencji przyjemnego wykładu, niż nudnego podręcznika. Podczas lektury czułam się, jakby ktoś po prostu mi te historie opowiadał i nie byłam znużona mimo wielu faktów, nazwisk i dat. Podobały mi się drobne szpilki złośliwości i humor, jakimi posługiwał się autor, a także wszelkie odwołania do popkultury i obrazów, których nam dostarcza. Wszystkie te elementy, do spółki z rzetelną wiedzą popartą szeroką bibliografią, tworzą świetną całość, po którą naprawdę warto sięgnąć.

Nie jest tajemnicą, że, mimo iż patriotka ze mnie marna, wprost uwielbiam książki w pozytywny sposób ukazujące naszą rodzimą historię. Projekty takie jak Polska 2.0, czy praca, jaką wykonuje redakcja Ciekawostek Historycznych, dają naprawdę świetne efekty. Nie inaczej jest z Polskim imperium, które już w założeniu realizuje świetny pomysł wykonany na bardzo dobrym poziomie. Prezentowane fakty są ciekawe, często nieoczywiste, a sposób ich przedstawienia zachęca do dalszego poszukiwania. Moim zdaniem takich pozycji powinno być jak najwięcej, a gdyby udało się przemycać je do szkół, sytuacja byłaby idealna. Pomyślcie, dlaczego nie moglibyśmy, jak chociażby Amerykanie, budować pozytywnego wizerunku własnego kraju i jego historii, zamiast ciągle skupiać się wyłącznie na tym, co było złe? Ta książka pokazuje, że Polska to coś więcej niż powstania zakończone rozlewem krwi i atakowanie czołgów przysłowiowymi szabelkami. Taki wizerunek zdecydowanie bardziej mi odpowiada.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

piątek, 26 lutego 2016

Sylwia Zientek – „Próżna”

Dynamiczny świat młodych, ambitnych prawników, którzy dążą do sukcesu i głównie temu poświęcają czas oraz uwagę. Czym jest szczęście w ich rozumieniu? Czy są w stanie osiągnąć je na każdej możliwej płaszczyźnie? Jak mogą odnaleźć siebie w gąszczu zadań i zawrotnym tempie życia?

Podczas lektury poznajemy życie dwóch bohaterek, które łączy przyjaźń i pozycja zawodowa, jednak wszystko inne – dzieli. Jedna z nich jest znacznie ładniejsza, druga z kolei dużo bardziej kompetentna; jedna wie, że na sukces trzeba zapracować, druga przywykła, że bez wysiłku dostaje wszystko, czego tylko chce; jedna zaczyna przykładne życie rodzinne i godzi je z pracą, druga natomiast woli szybkie przygody, które przynoszą jej mniejszą lub większą korzyść. Problem tkwi w tym, że żadna z nich nie jest zadowolona z sytuacji życiowej, w której się znajduje, a to, co uważały za element własnej tożsamości, okazało się być ich przekleństwem. Obie będą musiały spojrzeć na swoje życie z dystansu, zweryfikować priorytety i odnaleźć siebie, a następnie przemodelować całe misternie budowane otocznie. Czy znajdą w sobie dość siły do tak drastycznych zmian?

Ciężko mi było napisać cokolwiek o fabule tej książki, bo jest ona dość nieuchwytna, a sam ciąg opisywanych zdarzeń jest tu jedynie tłem dla portretów wspomnianych wyżej bohaterek. Teoretycznie rozgrywa się tutaj akcja w czasie rzeczywistym, jednak absolutnie nie jest ona ani potrzebna, ani ważna – ot, po prostu kilka scen, które ani nie podtrzymują naszej uwagi, ani specjalnie nie mają szansy nas zainteresować. Specyficzna jest także konstrukcja – po krótkim, fabularnym wprowadzeniu otrzymujemy retrospektywną opowieść o historii jednej z bohaterek i od tej pory wątki teraźniejsze oraz przeszłe stale się przeplatają. Obie postaci poznajemy na podstawie ich historii i mamy szansę zrozumieć motywy ich postępowania. Choć bohaterki są silnie osadzone w rzeczywistości, tak naprawdę nie ma ona dla ich losów większego znaczenia.

Rzadko się to zdarza, ale tym razem nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy opowieść przypadła mi do gustu, czy też nie. Książkę odebrałam jako bardzo nierówną, bo zdarzały się momenty, które naprawdę mnie wciągały, by chwilę później inne mocno mnie znużyły; chwilami robiłam sobie nadzieję, że akcja nabierze tempa, co ostatecznie się nie działo. Z drugiej strony bardzo podoba mi się styl autorki – pełne zdania, długie akapity, bogate, ale nie przesadzone wypowiedzi… Wszystko to dało naprawdę pozytywny obraz książki i pozwoliło mi spędzić przy lekturze kilka miłych chwil. Na plus można zaliczyć również dobry, autentyczny klimat dużego miasta i kancelarii-korporacji, z którą związane są obie bohaterki. Widać wyraźnie, że autorka wie, o czym pisze i robi to z głową.

Mam poczucie, że być może nie uchwyciłam do końca sedna tej książki i stąd wynikają moje sprzeczne odczucia. Przy tak dokładnej kreacji bohaterek zabrakło mi niestety jasnej fabuły, która mogłaby mnie wciągnąć i w jakiś sposób scalić dobrych bohaterów i prawdziwie ukazany świat. Niestety, podczas lektury miałam poczucie, że nie jest to pomysł do końca skrystalizowany i ciągle czegoś mi w tej książce brakowało. Lekturę skończyłam z poczuciem niedosytu, które cały czas gdzieś tam we mnie tkwi, ale mam szczerą nadzieję, że innym się spodoba.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.

czwartek, 25 lutego 2016

Alexandra Bracken – „Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine”

Nigdy nie byłam fanką Gwiezdnych Wojen. Przez wiele lat rękami i nogami zapierałam się przed poznaniem dwóch trylogii, które na zawsze zmieniły popkulturę i (jakby nie patrzeć) odcisnęły swoje piętno na życiu dobrych kilku pokoleń. Gdyby nie Sylwek, prawdopodobnie nadal uporczywie trwałabym w tej niewiedzy, jednak przez niego (czy może raczej: dzięki niemu) w ostatnich miesiącach poznałam całą filmową sagę. Zaczęło się od Przebudzenia Mocy, a potem jakoś poszło samo – we wszystkich odsłonach znalazłam sporo scen i treści, które przypadły mi do gustu. Zdecydowanie bardziej podobała mi się stara trylogia i do teraz nie wiem, czy to zasługa całkiem dobrej postaci kobiecej (której nie spodziewałam się po filmie z tamtych lat), złożonej w całość fabuły, czy też jednak nieodpartego uroku Hana Solo; w każdym razie historia księżniczki, łajdaka i chłopaka z Tatooine zdecydowanie do mnie przemówiła.

Do sięgnięcia po tę opowieść zachęciły mnie właściwie trzy sprawy, a dokładniej ich współwystąpienie, bo osobno prawdopodobnie nie miałyby aż takiej siły rażenia. O pierwszej już wspomniałam – książka oparta jest na Nowej nadziei, a więc tym filmie, który wprowadza nas w moją ulubioną część historii. Drugim elementem jest naprawdę trafny i chwytliwy tytuł, trzecim natomiast – fakt, że za stworzenie książki odpowiadała Alexandra Bracken, czyli autorka niezwykle mi bliskich powieści młodzieżowych. Sumując te dane: spodziewałam się tekstu, który całkowicie do mnie trafi i pokładałam w nim spore nadzieje. Swoje dołożył także autorski wstęp, w którym pisarka opowiada o swojej własnej fascynacji sagą i sposobie, w jaki chciałaby nieszablonowo ująć schematyczne postaci. Narobiła mi smaku, nie powiem, niestety nie było to do końca zasadne.

Książka podzielona jest na trzy części, a każda z nich poświęcona jest losom i spojrzeniu konkretnego bohatera z zachowaniem narracji trzecioosobowej. W pierwszym rozdziale widzimy zatem Leię i opowieść o jej porwaniu przez Lorda Vadera, w drugiej części oczami Hana Solo obserwujemy całą misję odbicia księżniczki, natomiast zniszczenie Gwiazdy Śmierci znajdziemy we fragmencie należącym do Luke’a. Jest to nieco inne spojrzenie niż to, które mamy w filmie i niestety spłyca ono historię (zwłaszcza w przypadku młodego Skywalkera, którego losy zostają tutaj skrócone do kilku rzuconych naprędce zdań). Z drugiej strony autorce udało się zachować specyfikę postaci, która w jakiś sposób pokazała, jak bardzo się od siebie różnią i w jaki sposób potrafili to przezwyciężyć, aby walczyć dla wspólnej sprawy. Podoba mi się również nacisk położony na dialogi – podczas oglądania filmu z napisami wiele z nich mi umknęło, a tutaj miałam okazję w jakimś stopniu do nich wrócić.

Należy wspomnieć, że książki z tej serii Star Wars (mówię o tych trzech nowościach w czarnych okładkach) skierowane są właściwie do młodszego czytelnika. Niby widać to już na samym początku, ja jednak musiałam zepchnąć tę myśl do nieświadomości, bo dość mocno się zdziwiłam podczas lektury. Język nie jest szczególnie wymagający, ale z drugiej strony też nie należy do banalnych; większy problem stanowi spora czcionka i ogólna niewielka objętość opowieści. Autorka pisze we wstępie: Skupiając uwagę na perspektywie Lei, Hana i wreszcie Luke’a, mogłam pobawić się ideą łatek – księżniczki, łajdaka i chłopaka ze wsi – i pokazać, że mają w sobie coś więcej, niż to widać na pierwszy rzut oka. Niestety, tak naprawdę na żadną zabawę nie ma tutaj ani miejsca, ani czasu. Całość opowiedziana jest szybko i po łebkach, a gdy znamy historię, dosłownie biegamy wzrokiem po tekście.

Podoba mi się idea projektu, w którym każdą częścią trylogii zajmuje się zupełnie inny autor – dzięki temu powieści pozwalają twórcom na zabawę i pokazanie własnego stosunku do tej niezwykle ważnej opowieści. Niestety realizacja tego pomysłu nie powala na kolana. Książki takie jak ta z pewnością świetnie się sprawdzą u młodszych fanów sagi, a także w przypadku, gdy chcemy, aby nasze dzieci rozpoczęły swoją z nią przygodę – to do nich dostosowany jest język i styl tej opowieści. Pozostali odbiorcy nie znajdą tu niczego, czego nie dałby im film. Zakładam, że jeśli ja (przypominam: wersję kinową widziałam tylko raz) nie odnalazłam tu niczego odkrywczego, takie osoby, jak chociażby Sylwek, będą się przy tej książce zwyczajnie nudziły.

środa, 24 lutego 2016

Marc Elsberg – „Zero”



Najlepszy sposób przewidywania przyszłości to kształtowanie jej na własnych warunkach.[s.6]


Jak pewnie niektórzy z Was pamiętają, jakiś czas temu zachwycałam się powieścią Marca Elsberga Blackout, której fabuła dotyczy globalnej awarii prądu. Niesamowicie spodobał mi się sposób budowania napięcia oraz autentyzm, jakim cechowała się ta opowieść; mimo wielu technicznych uwag czytało się ją wspaniale, a treść była w stanie rzeczywiście przerazić czytelnika. Wspominam tę książkę niesamowicie pozytywnie, trudno się zatem dziwić, że gdy tylko zobaczyłam w zapowiedziach podobną okładkę, od razu wyostrzyłam zmysły. Elsberg? Muszę tę książkę mieć!

Wbrew słuchom, które doszły mnie za pośrednictwem Internetu, Zero nie ma z Blackoutem zbyt wiele wspólnego – obie książki łączy jedynie okładka oraz osoba autora. Historia, o której dziś opowiadam, to wariacja na temat prawdopodobnej przyszłości człowieka w kontekście rozwoju internetowej inwigilacji. Każdy z nas, osób codziennie korzystających z zasobów Sieci, pozostawia w niej niezacieralne ślady swojej obecności – dobrowolnie udostępniamy całe szeregi danych, które są gromadzone, przechowywane, sprzedawane i analizowane przez programy i firmy, nie zawsze w ramach dostępnej nam wiedzy. Zero to historia nieco wyprzedzająca naszą rzeczywistość, ale z drugiej strony bardzo silnie w niej osadzona. Autor idzie o krok dalej i prezentuje nam świat, w którym dzięki danym rozwinął się rynek spersonalizowanych rozwiązań – na podstawie specjalnych algorytmów i zasad prawdopodobieństwa wylicza się, jak dana osoba powinna postępować, aby osiągnąć sukces. Jak nietrudno się domyślić, takie programy są bardzo szerokim polem do manipulacji.

Tytułowe Zero to tak naprawdę grupa hakerska, która przeciwstawia się wszechobecnej internetowej inwigilacji – z jednej strony krytykuje firmy, które prowadzą nieetyczną politykę obrotu danych, z drugiej zaś piętnuje ludzi za ich brak ostrożności i dobrowolne poddawanie się naciskom. Do tej pory ruch Zero działał w granicach prawa, jednak wszystko zmienia się w Dniu Prezydentów, gdy w bezpośrednie otoczenie przywódcy Stanów Zjednoczonych dostają się drony śledzące, które za pośrednictwem kamer nadają obraz na żywo prosto do Internetu. Od tej pory śladem Zero ruszają rozmaite grupy – policja, FBI, a także, co oczywiste, dziennikarze. Jednym z nich jest Cyn, która niedawno stała się pośrednią ofiarą nowoczesnych technologii. Jak wiele niebezpieczeństw przyniesie jej śledztwo prowadzone na własną rękę?

Tak naprawdę ciężko jest ująć w kilku słowach fabułę Zero – mamy tutaj kilka perspektyw opowiadania, a do tego wszystkiego dochodzi cała masa elementów związanych z nowoczesną technologią. Elsberg zaprasza nas w świat nieco bardziej rozwinięty niż nasz, ale wciąż bliski; tutaj elektronika towarzyszy nam na co dzień. Smartfony, smartwatche, inteligentne okulary – wszystkie te elementy są ściśle związane z fabułą, a technologia jako taka to po prostu dodatkowy bohater opowieści. Strona techniczna nie jest na szczęście tak skomplikowana, jak to miało miejsce w Blackoutcie (wszak smartfona ma większość z nas, a niewielu widziało kiedykolwiek wnętrze elektrowni…), jednak wiele spraw i tak wymaga dopowiedzenia.

Największą siłą opowieści Elsberga jest jej niesamowita autentyczność. Gdy czytamy którąś z książek autora, nasz umysł za wszelka cenę stara się zepchnąć ją do szufladki z science-fiction, jednak nie da się tak po prostu tego zrobić – autor minimalizuje sferę fikcyjną niemal do zera i pozwala sobie na dopowiedzenia tylko tam, gdzie to konieczne; reszta jest zbudowana na mocnych podstawach autentycznych wydarzeń i tendencji. Ponadto Zero porusza kilka ważnych i bardzo aktualnych wątków, które pozostawia nam pod refleksję – bezgraniczne zaufanie algorytmom, stałe „uśrednianie” społeczeństwa… Dla mnie jednak najważniejsza jest ten dotyczący granicy między pomocą a naciskiem. Wychodzi na to, że nieważne, jak dalece rozwinięta jest dostępna technologia, człowiekowi i tak chodzi tylko o jedno: władzę. Pod pozorem pomocy i podsuwania dobrowolnych rozwiązań zawsze kryć się będzie jakiś nacisk, czy to zewnętrzny, związany z tym, że inni się podporządkowują, czy też wewnętrzny, gdy obserwujemy parametry swoje i innych, i zwyczajnie chcemy być najlepsi. Za każdym algorytmem, programem, systemem stoi człowiek i w jakimś sensie to jego wizja jest realizowana.

Choć Zero czytało mi się nieco gorzej niż Blackout (tak, mimo mniejszej objętości i teoretycznie bliższej mi treści), i tak będę bardzo pozytywnie wspominała tę lekturę. Marc Elsberg ma talent do tworzenia bardzo mocnych, autentycznych opowieści, które wbijają się w nasz umysł i skłaniają do refleksji. Nie inaczej było tym razem – historia, która na początku wydawała się nużąca, z czasem nabrała tempa, by pod koniec zachwycić dynamizmem i rozwiązaniami fabularnymi. Zdecydowanie jest to książka dla fanów technoapokalipsy i wszelkich teorii spiskowych, ale nie tylko; myślę, że pozostali czytelnicy również mają szansę odnaleźć w niej wartościowy temat.

wtorek, 23 lutego 2016

Yrsa Sigurðardóttir – „Pamiętam cię”

Kiedy prawie półtora roku temu miałam przyjemność recenzowania najnowszej książki Yrsy Sigurðardóttir, jeszcze długo pozostawałam pod niesamowitym wrażeniem. Autorka tak umiejętnie łączyła realizm z tym, co nadprzyrodzone, i tak wspaniale budowała klimat, że z miejsca zakochałam się w jej prozie i powzięłam postanowienie przeczytania wszystkich jej tekstów, które dostępne są na polskim rynku. Od tej pory ilekroć natknęłam się na jakąś książkę sygnowaną jej nazwiskiem, od razu ją kupowałam. Tyle dobrego, że w większości przypadków są to pozycje dostępne na wyprzedażach, bo jak dotąd moja fascynacja ograniczała się do zbierania, nie zaś – czytania. Uznałam, że najwyższy czas to zmienić.

Pamiętam cię to książka opisywana przez wydawcę jako horror i faktycznie temu gatunkowi jest najbliższa. Znajdziemy tutaj dwie pozornie całkowicie odrębne historie – z jednej strony obserwujemy poczynania trójki bohaterów, którzy zdecydowali się kupić i wyremontować stary dom w opuszczonej okolicy, z drugiej zaś towarzyszymy psychiatrze, który w zupełnie innej części kraju próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczych aktów wandalizmu. Wszyscy bohaterowie w miarę upływu czasu doświadczają coraz większej liczby niewytłumaczalnych zdarzeń i stają oko w oko nie tylko ze śmiertelnym zagrożeniem teraz, ale także z demonami wyhodowanymi w swoim życiu wiele lat wcześniej.

Tym, co jest niesamowicie ważne dla książki, jest mroczny, duszny klimat – praktycznie od początku do końca mamy tutaj wiele niedopowiedzeń, ale też skrupulatnie budowaną atmosferę grozy. Duże znaczenie odgrywa tu wręcz obsesyjne przywiązanie autorki do przeplatanej narracji, które doprowadza czytelnika do szału – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mówiąc krótko: rozdziały dotyczą albo opuszczonego domu na wyspie, albo poczynań lekarza, perspektywa zmienia się z dokładnością do jednego rozdziału i zawsze, po prostu ZAWSZE, gdy napięcie osiąga punkt kulminacyjny, rozdział się kończy, a my przenosimy się w zupełnie inną scenerię. Taki zabieg niesamowicie potęguje napięcie, wierzcie mi; czasem potrzebowałam chwili i musiałam po prostu odłożyć książkę na bok, a naprawdę nieczęsto mi się to zdarza.

Co do samej fabuły: generalnie podoba mi się pomysł i sposób połączenia wątków – widać zamysł autorki i to, jak dobra jest jego realizacja. Połączenie paranormalnych zdarzeń i realnych wytłumaczeń może nie jest tak wyraźne, jak ma to miejsce w Niechcianych, ale to na pewno ważny aspekt również tej powieści. Z kolei konstrukcja bohaterów do bólu przypomina tych filmowych – mimo że podczas lektury mamy ochotę krzyczeć im do ucha, aby czegoś nie robili, gdzieś nie szli, siedzieli cicho, w wielu momentach odrzucają oni wszelką logikę i idą na spotkanie tego, co tak bardzo ich (i nas) przeraża. Ten element konstrukcji horrorów zawsze mnie irytuje i nie inaczej było w tym przypadku, jednak tutaj dostałam coś w zamian. Otóż bardzo spodobało mi się przedstawienie praktycznie każdej z pojawiających się postaci jako osoby z indywidualną tajemnicą, którą poznajemy dopiero pod sam koniec książki, a która jest kluczowa dla powiązania wątków fabularnych w całość. Pod tym względem wszystko wyszło perfekcyjnie.

Lektura Pamiętam cię utwierdziła mnie w przekonaniu, że proza Yrsy Sigurðardóttir jest tym, co idealnie wpasowuje się w mój gust. Autorka nie sili się na wymyślne opisy i budowanie klimatu obszerną, rozwlekłą narracją; ona woli działać, grać na niedopowiedzeniach i mocnych aspektach. Jest dokładna, metodyczna w swoim działaniu, a każde jej słowo obliczone jest na efekt, który z resztą wywołuje. Już nie mogę się doczekać kolejnych powieści spod jej pióra i w gruncie rzeczy cieszę się, że już je wszystkie mam – dzięki temu mogę sięgnąć po nie, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota.


poniedziałek, 22 lutego 2016

Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz – „Awaria małżeńska”


Gdy jakiś czas temu w odmętach Internetu pojawił się fragment Awarii małżeńskiej, przepadłam – scena z poszukiwaniem amarantowej puszki całkowicie mnie kupiła swoją prostotą, prawdziwością i humorem. Wiedziałam, że muszę tę książkę mieć i właściwie już wiele tygodni przed premierą przebierałam nogami na myśl, że to już niedługo, już niebawem… Jak się zapewne domyślacie, przez ten czas w mojej głowie pojawiło się wiele wymagań co do tekstu. Czy zostały spełnione? TAK!

Wszystko zaczęło się od kota. To życie małej, puchatej kulki chciał oszczędzić kierowca autobusu wykonując gwałtowny manewr wymijania. Kot potrącony został tak czy siak, wyzionął ducha na miejscu, za to w wyniku manewru poszkodowani zostali obywatele, w tym dwie kobiety, które doznały poważnych złamań i wylądowały w szpitalu, oraz dwaj mężczyźni, których co prawda na miejscu wypadku nie było, ale z racji urazów żon z dnia na dzień zostali – nie bójmy się tego słowa – sierotami. Pozbawieni pomocy partnerek, z dziećmi na głowie, bez jakiegokolwiek wsparcia od tej pory muszą radzić sobie sami. I nagle okazuje się, że rzeczywistość prac domowych nie jest taka prosta… Pranie nie robi się czyste, suche i wyprasowane od machnięcia czarodziejskiej różdżki, nauczyciele mówią do rodziców w dziwnym, nieznanym języku, w dodatku zagadkami, dzieci nie mogą i nie chcą jeść wszystkiego, co podsunie im się pod nos, a do galowego stroju nie pasują różowe rajstopki! Brzmi jak niezły chaos, prawda? I właśnie tak jest.

Awaria małżeńska to zbiór scen z życia, które mogłyby przydarzyć się w wielu polskich domach. Choć opowieść jest naprawdę mocno przerysowana, to jej fragmenty są tak zwyczajne, znane i bliskie, że naprawdę trudno się z nimi nie zgodzić; w zestawie tworzą mieszankę przesadną i miejscami absurdalną, ale każdy z osobna brzmi naprawdę wiarygodnie i prawdopodobnie. Obserwujemy zatem ojców, którzy próbują okiełznać domowy chaos – dogadać się z dziećmi, utrzymać ład i porządek, załatwić wszystkie ważne sprawy – podczas gdy ich żony mogą służyć im jedynie telefoniczną poradą, co z resztą również czynią niezbyt chętnie. Trudno temu zaprzeczyć – panom w Awarii… się obrywa, miejscami dosyć mocno, jednak naprawdę spodziewałam się, że będzie w tym względzie znacznie gorzej.

Jak nietrudno się domyślić, wielką siłą opowieści jest humor i styl. Nie czytałam dotąd książek żadnej z autorek, nie jestem więc w stanie stwierdzić, która odpowiada za jaką część tekstu, ale wiem jedno – obie wykonały świetną robotę, która dała niesamowity efekt. Opowieść jest trafna, dobrze ujęta i wciągająca, sceny przedstawione są z ironią, lekko złośliwie, ale zawsze w dobrze dobrany sposób. Książkę czyta się szybko, bardzo przyjemnie i niejednokrotnie przychodzi nam walczyć ze spojrzeniami ludzi dookoła, jeśli czynimy to w miejscu publicznym – podczas lektury nie sposób powstrzymać się od śmiechu.

Po Awarii małżeńskiej spodziewałam się świetnej rozrywki i właśnie to otrzymałam. Podczas lektury bawiłam się świetnie i myślę, że podobnie zareaguje wiele kobiet, zwłaszcza tych, które rzadko spotykają w swoim otoczeniu sprawiedliwy podział domowych obowiązków. Mimo tego, że sporo tu ironii i nieźle obrywa się panom za ich brak zaangażowania na co dzień, myślę, że z opowieści płyną dwa bardzo ważne morały. Pierwszy dotyczy tego, że mężczyźni dla własnego dobra powinni przynajmniej w jakimś stopniu angażować się w prowadzenie domu (choćby po to, by nie zginąć w awaryjnej sytuacji); drugi natomiast mówi, że my, kobiety, powinnyśmy im na to pozwalać. Często bowiem wina leży również po naszej stronie, bo same dusimy w zarodku wszelkie pomocowe odruchy, by kilka chwil później narzekać, jak wiele jest na naszej głowie; tymczasem żadna z nas nie musi być perfekcyjna, a dom nie-idealnie też całkiem nieźle funkcjonuje.


sobota, 20 lutego 2016

Stosik styczniowo-lutowy (1/2016)


Początek roku to czas wszelkiego typu przecen i wyprzedaży, także tych książkowych. Trudno oprzeć się pokusie, gdy widzimy tytuły, które bardzo, ale to bardzo chcielibyśmy mieć (nie wiem, jak wy, ale my mamy takich mnóstwo...), a ich obniżona cena kusi nas ze zdwojoną siłą. Żadne z nas nie jest dobre w samokontroli, czego efektem są poniższe stosy - dowód zakupowej zbrodni pary książkoholików. Tym razem możemy usprawiedliwić się jedynie tym, że praktycznie żadna z prezentowanych pozycji nie została zakupiona w cenie okładkowej. Książki pochodzą z wyprzedaży (sezonowych i nie tylko) i nabyliśmy je z 30-60% rabatem. Więc nie jest z nami jeszcze aż tak źle... prawda?


Zamówienia ze Świata Książki i zakupy w księgarni outletowej:


Zakupy w Empiku oraz na Empik.com:


Zamówienie na Arosie:


Komiksy:


Pozostałe zakupy (Allegro, Matras.pl, Biedronka, zakupy u Agi) oraz prezenty:
Tu powinno się znaleźć jeszcze Sześć światów Hain Ursuli LeGuin, które Sylwek dostał na imieniny



Jak widzicie, źródeł książkowego szaleństwa jest całkiem sporo. A jak u Was wyglądają noworoczne nabytki? Może czytaliście coś z naszych nowości? Koniecznie dajcie znać!

czwartek, 18 lutego 2016

Andrea Camilleri - "Śmierć na otwartym morzu"

Moją znajomość z komisarzem Montalbano rozpocząłem dość nietypowo, bo nie od pierwszego, czy nawet drugiego tomu, ale od czternastego. Wiem, szaleństwo, ale mimo to wkroczenie w cykl w tak zaawansowanym momencie okazało się być całkiem przyjemnym doświadczeniem. Wiek wątpliwości wciągnął mnie w klimatyczną Vigatę i nawet odczuwalny momentami brak znajomości bohaterów czy wcześniejszych wydarzeń nie wpłynął na przyjemność płynącą z lektury, wiedziałem więc, że z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę po przygody Salvo Montalbano. Co prawda nie planowałem w najbliższym czasie zaznajamiać się z wcześniejsze przeżyciami komisarza, ale zdecydowanie chciałem na bieżąco śledzić nowe tomy. Cóż, dość powiedzieć, że najnowszy z nich nieco mnie zaskoczył…

Zdziwienie wywołane przez Śmierć na otwartym morzu było podwójne. Po pierwsze, książka okazała się być zbiorem opowiadań. Dość niespodziewane, zwłaszcza że gabarytowo nie różni się ona on poprzedniej, z którą miałem do czynienia. Poza tym kryminały jako krótka forma zawsze wydawały mi się pomysłem dość ryzykownym - w końcu jak na ledwie kilkudziesięciu stronach zamieścić interesującą zagadkę, która od początku będzie intrygować, a czytelnik co rusz będzie zmieniał swoje domysły na temat rzeczywistego przebiegu wydarzeń? Okazuje się jednak, że jest to możliwe; kluczem do sukcesu okazały się prowadzone sprawy. Książkowa Vigata jest raczej spokojną, niezbyt dużą miejscowością, zatem osadzenie w niej kilku rozbudowanych śledztw z licznymi morderstwami byłoby co najmniej wątpliwe patrząc na to pod kątem prawdopodobieństwa. Nic więc dziwnego, że Camilleri postawił na sprawy bardziej przyziemne, mniej spektakularne, ale za to wiarygodne i nierzadko dotykające przeciętnych ludzi. Co więcej, niektóre ze śledztw okazały się być ciekawiej skonstruowane, niż niektóre pełnowymiarowe kryminały, jakie miałem okazję czytać.


Kiedy skończyli jeść, ojciec powiedział przy pożegnaniu z gorzkim uśmiechem:
- Mimo że zaprosiłeś mnie tylko dlatego, że potrzebowałeś informacji, i tak się ucieszyłem ze spotkania.
Montalbano poczuł się jak ostatnia świnia.[s. 173-174]


Drugim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że historie zawarte w zbiorze dzieją się wiele lat przed tym, o czym czytałem w Wieku wątpliwości. Dużo młodszy Montalbano dał autorowi możliwość ukazania jego relacji z resztą bohaterów w zupełnie inny sposób, który moim zdaniem wypadł znakomicie. Oczywiście ze względu na konstrukcję tomu ciężko tu o ukazanie długotrwałego budowania więzi - mamy do czynienia z pojedynczymi migawkami, scenami, które jednak bardzo bezpośrednio ukazują relacje między głównych bohaterem, a innymi postaciami. Jedyne moje zastrzeżenie to fakt, że mimo osadzenia akcji sporo wcześniej, niż miało to miejsce w poprzedniej czytanej przeze mnie książce, gros postaci zachowuje się w obu częściach identycznie. Jasne, niektórzy ludzie się nie zmieniają, ale tutaj zdecydowanie nie został zachowany umiar w tym aspekcie.

Niewątpliwą siłą książek Camilleriego jest szerokie tło obyczajowe ukazane na kartach jego opowieści. Włoskie społeczeństwo jest dość specyficzne i autor nie boi się tego pokazywać. Jasne, można mieć wrażenie, że mamy tu do czynienia ze schematami opartymi na pewnych stereotypach, ale fakt, że opisuje to wszystko rodowity Włoch, nadaje wszystkiemu wiarygodności. Zewnętrzna prostoduszność podszyta układami i korupcją; otwarta religijność skonfrontowana ze swobodą seksualną - choć nie jest to coś, co szczególnie lubię, to jako tło kryminałów sprawdza się to znakomicie.

Poprzednią książkę Camilleriego oceniłem jako lekturę pociągową i tak samo mogę postąpić ze Śmiercią na otwartym morzu - z tą różnicą, że tym razem mamy do czynienia z książką idealną na podróże na bliskich odcinkach. Krótkie opowiadania (na trzystu stronach zmieściło się ich aż osiem) to idealny wypełniacz czasu podczas przejazdu koleją miejską czy autobusem - sam przeczytałem książkę w takich warunkach. Jasne, czas lektury rozciąga się przez to na kilka dni, ale to żaden problem: każda historia jest samodzielna i nie musimy na bieżąco  dokładnie pamiętać tego, co wydarzyło się w opowiadaniach już przez nas przeczytanych. Ciekawa i przystępna lektura - czegóż więcej oczekiwać od takiej książki?






Za egzemplarz recenzencki dziękuję Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

środa, 17 lutego 2016

Aneta Jadowska – „Szamański blues”

Nie wiem, co mnie bardziej zasmuciło – to, że cykl o Dorze Wilk doczekał się końca, czy informacja, że bohaterem kolejnego projektu Anety Jadowskiej ma być Witkac. Nigdy nie lubiłam go jakoś szczególnie, a przy głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że właściwie nie przepadałam za fragmentami, w których się pojawiał. Poza tym bałam się, że ów pomysł jest ze strony autorki tylko próbą ciągnięcia czegoś, co ma przynieść zysk, a nie ma żadnej logicznej racji bytu. Wreszcie (a może przede wszystkim) nie chciałam zostawiać Mirona, Joshui, Baala, Romana i całego tego cudownego towarzystwa, które poznałam i pokochałam właśnie dzięki serii o Dorze. Jak nietrudno się domyślić, moje nastawienie do Szamańskiego bluesa nie było pozytywne. Spróbowałam jednak i… przepadłam.

Dla tych, którzy nie wiedzą: Witkac to policjant po trzydziestce, który bynajmniej nie jest książkowym przykładem porządnego obywatela – zanim dowiedział się o płynącej we krwi magii, miał kontakt właściwie ze wszystkimi możliwymi substancjami psychoaktywnymi, które na domiar złego działały na niego dość niestandardowo. Gdy okazało się, że jest szamanem, jego życie zmieniło się diametralnie – rozpoczął szkolenie magiczne i choć teoretycznie jak każdy adept ma opiekę mentorską, w wielu przypadkach musi radzić sobie sam, zwłaszcza że w Thornie (magicznym odpowiedniku Torunia) nie ma nikogo, kto miałby taką moc jak on. W związku z tym Witkacy sam zajmuje się odsyłaniem dusz w zaświaty, a że niektóre dość mocno przy tym rozrabiają… cóż, ryzyko zawodowe.

Szamański blues jest właściwie zestawem dwóch nowelek o podobnej długości i treści. Oprócz tego, że obie składają się w fabularny ciąg związany z osobistą sytuacją bohatera, zawierają też dwie odrębne sprawy magiczne. Pierwsza związana jest z wyjątkowo paskudnym duchem, który atakuje i zabija noworodki w miejskim szpitalu, druga natomiast zaczyna się od tajemniczego skupiska energii, które wskazuje, że ktoś (lub coś) majstruje przy miejscowym cmentarzu. Obie historie są wciągające, dynamiczne i ciekawe, a ich przebieg naprawdę angażuje czytelnika. Gdzieś w tle opisywanych wydarzeń rozgrywa się również wspomniana opowieść o życiu Witkaca i nierozwiązanych sprawach z przeszłości, która z jednej strony przybliża nam sylwetkę bohatera, z drugiej zaś stanowi bardzo przyjemny łącznik między historiami.


- Jak trafiłeś do policji?
A więc utniemy sobie pogawędkę o życiu i rodzinie. Może być.
- Uświadomiłem sobie, że wcześniej czy później trafię na komisariat i że ode mnie zależy, po której stronie krat się znajdę. Uznałem, że lepiej mi będzie z odznaką niż z numerem więziennym.[s.87]


Skoro już jesteśmy przy postaci głównej, muszę Wam wyznać, że Witkac kupił mnie właściwie od pierwszych stron książki, mimo że, jak już wspomniałam, do tej pory niezbyt za nim przepadałam. Widać wyraźnie, że opowieść z Szamańskiego bluesa snuta jest zupełnie inaczej niż cykl o Dorze Wilk, a autorka naprawdę przyłożyła się do wykorzystania męskiej perspektywy. Witkac to stuprocentowy facet, samotny mruk w okolicach wieku średniego, który rzuca naprawdę celnymi, ironicznymi i przyjemnie złośliwymi uwagami. Dzięki narracji pierwszoosobowej znamy jego myśli i przekonania, a i on sam nie należy do krętaczy – gdy czegoś nie potrafi, przyznaje się przynajmniej przed samym sobą (a tym samym i przed czytelnikiem, co niejednokrotnie brzmi dość zabawnie). Jego komentarze są zawsze trafne i również dostarczają nam rozrywki, a przemycone wątki obyczajowe trzymają naprawdę dobry poziom. Trochę obawiałam się, jak po (bądź co bądź momentami dość babskim) cyklu o Dorze Wilk Aneta Jadowska poradzi sobie z męską historią, ale śmiało mogę powiedzieć, że zdała egzamin wspaniale – tę opowieść można polecić osobom obu płci.

Co ważne, osoba, która nie zna poprzedniego cyklu, śmiało może sięgnąć po Szamańskiego bluesa. Jasne, jest tutaj kilka nawiązań, ale są one kompletnie nienachalne i nie odwołują się do żadnych informacji, które posiadają ci, którzy wcześniejszą serię znają. Cieszy mnie, że został zachowany humor, za który tak uwielbiałam autorkę, oraz niepowtarzalny klimat wykreowanego przez nią świata. Tutaj również magia przyjemnie miesza się z rzeczywistością, a różne systemy przenikają się nawzajem tworząc ciekawą, a przy tym spójną całość.

Jak widać, mimo wielu obaw, najnowsza powieść Anety Jadowskiej bardzo mi się podobała. Choć opowieści snute były niespiesznie, absolutnie nie czułam się znudzona – taki zabieg pozwolił nam dokładnie przyjrzeć się wszystkim ich aspektom, a także „pobabrać się” nieco w emocjach z nimi związanych. Mimo że czytelnik od początku ma świadomość, że dana sprawa będzie miała swój happy end (tak są skonstruowane te opowiadania), nie umniejsza to napięcia, bo historie są ciekawe same w sobie i już samo ich odkrywanie zapewnia nam bardzo dużo satysfakcji. Cieszę się również, że autorka postawiła na maksymalne wykorzystanie potencjału charyzmatycznego, męskiego bohatera – nie spodziewałam się, że to powiem, ale naprawdę polubiłam Witkaca. Jestem ciekawa, czy Anecie Jadowskiej uda się podobnie odczarować Nikitę, bo to jej losów będzie dotyczył kolejny cykl, który rozpocznie się w tym roku…

wtorek, 16 lutego 2016

Remigiusz Mróz – „Parabellum. Głębia osobliwości”

Po długim oczekiwaniu i wydawniczych zawirowaniach w ręce czytelników trafił wreszcie finał cyklu Parabellum. Ja również należałam do grona czekających z niecierpliwością na Głębię osobliwości – seria jak dotąd prezentowała się wspaniale, a zakończenie drugiego tomu było bardzo emocjonujące i również ono podbiło moje zainteresowane.

Tym, co moim zdaniem stanowi największą wartość finału, jest fakt, że autorowi udało się uniknąć „syndromu ostatniego tomu”. Choć już w poprzedniej części opisywane wydarzenia zdawały się dobiegać do zakończenia, okazało się, że Remigiusz Mróz miał jeszcze w zanadrzu kilka fabularnych niespodzianek, a akcja Głębi osobliwości nie sprowadza się bynajmniej wyłącznie do prezentowania łatwych rozwiązań i pospiesznego splatania wątków. Właściwie w ogóle nie ma tu pośpiechu, a na czytelnika do samego końca czekają świetne zwroty akcji, które niejednokrotnie serwują nam spore zaskoczenie i wiele emocji. Fabuła nie gna na łeb na szyję, a fakt, że jest to najgrubszy tom cyklu, sprawia, że znalazło się miejsce zarówno na dynamiczne prowadzenie wątków, jak i odpowiednie ich zakończenie.

Świat, który wykreował (a raczej którym posłużył się) Remigiusz Mróz nie jest miejscem przyjemnym. Autor odzwierciedlił okrucieństwa wojny, jednak nie pozwolił, by stały się one usprawiedliwieniem dla ludzkich zachowań. Podczas opisu funkcjonowania obozów, a także przy kreacji konkretnych oprawców wyraźnie podkreślone zostały własne skłonności postaci do sadyzmu, które w sprzyjających warunkach miały okazję się ujawnić i rozwinąć. W całej trylogii wiele jest postaci pozytywnych, wiele negatywnych, a kilka pozostaje niepewnych, co dodatkowo podbija autentyczność kreacji bohaterów. Nie ma dwóch takich samych osób tak w życiu realnym, jak i w książce Remigiusza Mroza, a niektóre postaci potrafią nas zaskoczyć nagłą zmianą postawy w związku z jakąś sytuacją.

Przy poprzednich częściach cyklu miałam poczucie niesprawiedliwości – pewne wątki toczyły się dużo bardziej niebezpiecznie niż inne. Po zakończeniu Głębi osobliwości muszę przyznać, że autorowi udało się obdzielić głównych bohaterów nieszczęściami mniej-więcej w równym stopniu. Tak jak nie można bez końca uciekać przed okrucieństwem wojny, która ogarnęła cały kontynent, tak też nie można żyć w jej sercu bez choćby pozoru ładu wokół siebie; w tym względzie równowaga została zachowana. Dodatkowo dzięki temu, że postaci jest sporo, autor mógł pokazać nam naprawdę różne oblicza wojny – wojsko, obozy, przesłuchania, domy ludności cywilnej… Obserwujemy działania zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie i (mam wrażenie) nic nie zostaje tutaj pominięte.

Zawsze lubiłam czytać o II wojnie światowej, a gdy dowiedziałam się o serii, która ujmuje temat fabularnie, postanowiłam spróbować i absolutnie tego nie żałuję. Parabellum to świetna opowieść, która dostarcza sporo emocji. Nie jest to obraz łatwy – znajdziemy tu wiele bezpośredniego okrucieństwa, śmierci i bólu, a jednak jest to historia wciągająca i niejednoznaczna, która trzyma w napięciu od początku do końca. Jeśli lubicie tę tematykę i podobne książki – zdecydowanie mogę Wam ją polecić.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.


Prędkość ucieczki  |  Horyzont zdarzeń  |  Głębia osobliwości

poniedziałek, 15 lutego 2016

Wyniki konkursu z okazji 200 000 wyświetleń

Kochani! Po niemal miesiącu zbierania Waszych zgłoszeń nareszcie możemy ogłosić wyniki konkursu z okazji 200 000 wyświetleń. W zabawie wzięły udział 32 osoby, co jest naszym absolutnym rekordem i niniejszym wszystkim Wam dziękujemy. Wśród Waszych odpowiedzi znalazło się kilka, które z pewnością będą dla nas inspiracją przy tworzeniu własnej, domowej biblioteczki już niebawem, o czym z pewnością opowiemy, gdy sprawa dojdzie wreszcie do skutku. Tymczasem teraz, nie przedłużając napięcia i oczekiwania, zapraszamy wszystkich na ogłoszenie wyników!

Każdy z uczestników miał do rozdysponowania 6 losów, które mógł dowolnie rozdzielić pomiędzy nagrody konkursowe, których również było 6 - 4 książki oraz 2 gry. Większość zdecydowała się oddać wszystkie losy do jednej puli, jednak znaleźli się i tacy, którzy postanowili spróbować szczęścia w kilku losowaniach. Największą popularnością cieszyła się zdecydowanie książka Guillaume Musso Jutro, którą zapragnęło zdobyć aż 13 osób. Niewiele mniej, bo 9, zdecydowało się na antologię opowiadań fantasy Epopeja. Pozostałe nagrody, choć cieszyły się mniejszym zainteresowaniem, również doczekały się co najmniej 4 chętnych.

Przygotowaliśmy karteczki w 6 kolorach - po jednym dla każdej z nagród. Losowanie odbyło się w Walentynkowy wieczór, a oto jego wyniki:


gra Sabotażysta. Pojedynek


Andrzej Pilipiuk - Wampir z M3


gra Hanafuda


Johanna Sinisalo - Krew Aniołów


antologia Epopeja. Legendy fantasy


Guillaume Musso - Jutro



Magdalena (komentowałaś jako Anonimowy), Аня Ходованы, Sakurako too, Paula G, Dawid Jasiński, Aingeal Maith - prosimy Was o podesłanie nam adresów do wysyłki nagród na czworgiem@gmail.com. Macie na to 5 dni.

Zwycięzcom jeszcze raz serdecznie gratulujemy, a wszystkich czytelników prosimy o uwagę, bo już niebawem na blogu pojawi się kolejny konkurs, w którym do wygrania będą 3 książki. :)

czwartek, 11 lutego 2016

Renée Knight – „Sprostowanie”

Catherine Ravenscroft jest nagradzaną dziennikarką, ma męża, dorosłego syna i właśnie przeprowadza się do nowego, mniejszego domu. W ferworze zmian nie jest w stanie ogarniać umysłem wszystkich rzeczy, zdarza jej się odnaleźć jakiś zapomniany przedmiot, a pewnego dnia znajduje na stoliku nocnym książkę, której zupełnie nie kojarzy. Zaczyna lekturę, która rozpęta piekło, okazuje się bowiem, że to ona jest główną bohaterką powieści, a jej fabuła dotyczy pewnych wydarzeń sprzed lat, które do tej pory były jej pilnie strzeżoną tajemnicą. Nie wie o nich mąż, syn, a także nikt inny spośród bliższych i dalszych znajomych. Jest tylko jedna osoba, która zna prawdę – tylko dlaczego miałaby się tak okrutnie mścić?

Przyznam szczerze, że na początku dość sceptycznie podchodziłam do fabuły, bo zupełnie nie czułam przerażenia bohaterki, a jej sytuacja, choć z pewnością trudna, nie wydawała mi się aż tak obciążająca. Muszę jednak przyznać, że autorka szybko pokazała klasę i rozpoczęła zabawę. Relacja między oprawcą a ofiarą jest tutaj bardzo skomplikowana i w znacznej mierze przypomina taniec – zestawienie śmiałych posunięć autora powieści i reakcji Catherine na kolejne wydarzenia. Dodatkowo w grę wchodzi motyw winy i kary, sprawiedliwości i usprawiedliwień, a także granicy, którą można przekroczyć w ramach własnej walki. Autorka śmiało kreśli kolejne wydarzenia i bez ugładzania prezentuje ich skutki stopniowo rujnując życie swojej bohaterki.

Skoro już o bohaterach mowa – jestem pod wielkim wrażeniem ich kreacji w tej książce. Renée Knight zdecydowanie postawiła na silne postaci o złożonych osobowościach, którymi są główni oponenci – Catherine oraz jej nemezis, autor. Oboje są dobrze nakreśleni – oprócz obserwowania świata prześladowanej, mamy również całkiem bogaty obraz samotnego starca, który traci sprawność psychiczną po utracie żony. Żadne z nich nie powoduje sympatii czytelnika, bo oboje budzą (a przynajmniej we mnie budzili) pewien rodzaj odrazy swoim zachowaniem i reakcjami na rozwój zdarzeń. Dużą rolę odgrywają również postaci poboczne, jak chociażby mąż Catherine, a wszyscy bohaterowie razem składają się na pełny i ciekawy obraz negatywnych ludzkich cech i reakcji. Autorka umiejętnie prezentuje nam emocje grając jednocześnie na naszych; pokazuje nie tylko problem prześladowania, ale też skutki kłamstw, poczucie winy, brak zaufania, żądzę zemsty…

Ważnym elementem tej książki jest klimat – ciężki i pełen specyficznego napięcia praktycznie przez cały czas trwania opowieści. Wydarzenia rozgrywają się raczej wolno, właściwą akcję przeplatają wstawki z przeszłości, a mimo to widać tu pewien dynamizm, który zachowuje odpowiedni poziom. Czytelnik nigdy nie wie, z której strony padnie cios, a przez znaczną część książki dodatkowo motywuje nas chęć poznania szczegółów sprawy, bo bardzo długo otrzymujemy jedynie (bardzo kuszące) skrawki. Wszystko to razem sprawia, że trudno się od tej książki oderwać choć na moment, bo i po co zostawiać tak świetnie skonstruowaną opowieść?

Do Sprostowania nastawiałam się pozytywnie po wielu dobrych opiniach czytelników i wiem, że nie były to zdania przesadzone. Autorka zafundowała nam prawdziwy rollercoaster uczuć, który właściwie wywrócił mnie na drugą stronę. To powieść, w której nic nie jest tak oczywiste, jak się wydaje, a konstrukcja fabularna jest w stanie nas zachwycić. Napięcie nie odpuszcza do ostatniej strony. Podczas lektury na bieżąco pojawiały się w mojej głowie kolejne oczekiwania co do tekstu i każde, absolutnie każde zostało spełnione. Nie wiem, co więcej mogłabym powiedzieć – moim zdaniem właśnie tak powinno się pisać thrillery na najwyższym poziomie.

środa, 10 lutego 2016

Kinga Dębska – „Moje córki krowy” (książka+film)


O opowieści Kingi Dębskiej dowiedziałam się przypadkiem – po prostu zobaczyłam zwiastun czekając na seans filmu zupełnie innego rodzaju. Zaintrygowała mnie prezentowana historia, a reszta przyszła sama – zakup książki, lektura, oczekiwanie na okazję do obejrzenia ekranizacji… Dziś, po zapoznaniu się z obiema wersjami, chciałabym Wam krótko o nich opowiedzieć.

Jak myślicie, w którym miejscu wyczerpują się limity tragedii, jakie mogą spaść na jedną rodzinę? W tym przypadku zawodzi wszelka statystyka – najpierw matka traci przytomność z powodu pęknięcia tętniaka, a gdy pozostaje w śpiączce, do szpitala trafia również ojciec, dla odmiany z nieoperacyjnym i bardzo złośliwym guzem mózgu. Gdzieś w tym wszystkim odnaleźć się muszą dwie córki – dawno dorosłe, choć niekoniecznie dojrzałe. Jedna z nich jest znaną aktorką serialową, którą życie obdarzyło córką, ale niekoniecznie mężczyzną u boku, druga natomiast ma rodzinę (męża, syna), jednak daleko jej do idealnego funkcjonowania. Siostry, które dotąd pozostawały sobie całkowicie obce, będą musiały przeformułować swoje życie, a trudna sytuacja i perspektywa utraty obojga rodziców sprawi, że odkryją na nowo obecność „tej drugiej”, którą dotąd jedynie łaskawie tolerowały.

To właśnie relacja między siostrami jest głównym tematem całej historii. Na samym początku obserwujemy dwie zupełnie odrębne osoby, które zdają się nie mieć absolutnie nic wspólnego (poza rodzicami, choć i tu pojawiają się żartobliwe wątpliwości), z czasem jednak ujawnia się coraz więcej faktów, a relacja między nimi się odsłania. Widzimy historię wzajemnych pretensji, zastałe problemy z młodości (okazuje się, że równie trudno jest być młodszym, jak i starszym dzieckiem), a także… coraz więcej podobieństw. Bo choć siostry mają różne charaktery, obie podobnie radzą sobie z napięciem, wykazują silną determinację i są skłonne chwytać się najmniejszych skrawków nadziei, nawet jeśli te stoją w sprzeczności z ich codzienną ideologią. Piękne są końcowe sceny, gdy obie, wykończone trudną sytuacją, lekko ustępują pola, okazują słabość i dzięki temu mogą wreszcie normalnie porozmawiać.

Zarówno książkę, jak i film, stworzyła jedna osoba – scenarzystka i reżyserka, Kinga Dębska. Jest to w obu przypadkach ta sama opowieść, jednak w moim odczuciu obrazy w pewien sposób się uzupełniają. Książka została stworzona na zasadzie podwójnej narracji – następujących po sobie rozdziałów, w których mamy do czynienia z pierwszoosobowymi wypowiedziami obu sióstr. Muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę, bo autorka naprawdę przemyślała tę formę i przyłożyła się do jej wykonania. Fabuła ma tutaj swój tor, w żadnym punkcie nie zachwiany zmianą narratora – teoretycznie każda z sióstr opowiada o swojej puli scen, a jednak w ich wypowiedziach udało się uchwycić stosunek także do tych, o których mówiła ta druga. Wystarczy drobna uwaga, pozornie niezauważalna złośliwość lub jedna emocja uchwycona tu czy tam. Czyta się to naprawdę doskonale.

Jeśli chodzi o kolejność poznawania obrazów, udało mi się wywiązać z zasady „najpierw książka, potem film”. Niestety, w tym przypadku mam wrażenie, że nie była to najlepsza decyzja. Moje córki krowy to specyficzna opowieść o konkretnym przekazie i, gdy znałam praktycznie całość fabuły, w kinie po prostu mi się dłużyło. Wydaje mi się, że gdybym najpierw poszła na film, zobaczyłabym postaci, poznała bieg wydarzeń i przede wszystkim wyrobiłabym sobie jakieś konkretne zdanie na temat bohaterek, a dopiero później mogłabym to zdanie skonfrontować ze znacznie bogatszym obrazem literackim. W drugą stronę było to niemożliwe, bo chociaż film zaoferował mi w pewnym sensie więcej (na przykład lepsze spojrzenie na ojca dzięki świetnej kreacji Mariana Dziędziela), to z drugiej strony był uboższy pod względem fabuły, bo przecież nie można pokazać wszystkiego. Mimo że gra aktorska utrzymana była na naprawdę wysokim poziomie, te interpretacje nie dały mi niczego nowego w zakresie rozumienia postaci. Z drugiej strony – pewne sceny na długo pozostaną w mojej głowie właśnie dzięki obrazowi filmowemu.

Moje córki krowy to poruszająca opowieść o kolejach ludzkiego życia – odchodzeniu, żegnaniu rodziców przez dzieci, ale też o relacjach panujących w rodzinie i miłości, którą trudno uchwycić w standardowe ramy. Ktoś kiedyś powiedział, że prawda słabo się sprzedaje – moim zdaniem to nie jest reguła, albo po prostu ja jestem bardzo specyficznym odbiorcą. Uwielbiam filmy i książki, które ukazują relacje w sposób prawdziwy, z uwzględnieniem trudności gdzieś na granicy szaleństwa i bardzo cenię sobie twórców, którzy się takich kreacji nie boją. Kinga Dębska postawiła na autentyczność rodzinnych zależności, życia z osobą cierpiącą na guza mózgu, a także realiów polskiej służby zdrowia. W obu jej obrazach w różnym stopniu uwydatnione są inne elementy tego świata, a jednak obie wersje są jak najbardziej warte poznania. Książka i film świetnie się uzupełniają, a ja oba szczerze polecam – i niech nikt mi nie mówi, że Polacy nie potrafią tworzyć.


wtorek, 9 lutego 2016

Jennifer Donnelly – „Wielki błękit”

Gdzieś w odmętach morskiej wody mieści się tajemnicze królestwo Miromary – kraj rządzony przez kobiety (syreny) w prostej linii pochodzącej od Moruadh, legendarnej matki-założycielki. Choć władza jest tu dziedziczna, małżeństwo przyszłej władczyni zawsze pozostaje sprawą otwartą i istotną ze względu na polityczne sojusze. Zaręczyny następczyni tronu są bardzo ważne dla państwa i łączą się z pokazem siły razem dając spektakularne święto zwane Dokimi. To do niego przygotowuje się córka obecnej królowej, Serafina – młoda syrena, której spokój już niebawem zostanie zburzony. Dziewczynę dopada tajemniczy sen, który karze jej porzucić wszystko co znała i poddać się przeznaczeniu, jakim jest ratowanie podwodnego świata przed unicestwieniem. W obliczu nadchodzących wydarzeń będzie zmuszona potraktować go naprawdę poważnie…

Wielki błękit to pierwsza odsłona czterotomowego cyklu Saga ognia i wody inspirowanego baśniami i mitologią. Na potrzeby swojego pomysłu autorka stworzyła naprawdę ciekawy świat, który z jednej strony jest zupełnie inny od ludzkiego, a z drugiej bardzo przyjemnie z nim współistnieje. Podwodna kraina jest w pewien sposób wpleciona w znaną nam rzeczywistość i świetnie do niej pasuje; nie odczuwamy w tym zakresie żadnych poważniejszych zgrzytów. Syreny w swym postępowaniu są bliskie ludziom, cechują się podobnymi pragnieniami, uczuciami i potrzebami, a więc ich zachowanie jest dla nas łatwe do przyswojenia, a główna bohaterka, mimo że nie jest człowiekiem, jest nam równie bliska co pozostałe przedstawicielki powieści dla młodzieży. Jest jednak jedna podstawowa różnica: Serafina, choć dopiero stoi u progu dorosłości, jest istotą dużo sprawniej myślącą niż większość swoich książkowych rówieśniczek – na początku książki jej umysł zaprzątają naprawdę różne sprawy, także te mniejszej wagi, jednak w obliczu zagrożenia dziewczyna jest w stanie skupić się na właściwym celu i zadaniu, które ma do wykonania.

Jednak postać Serafiny nie jest jedyną, która pojawia się na kartach powieści – już sama fabuła przewiduje co najmniej pięć innych równie ważnych bohaterek. Muszę przyznać, że chociaż bałam się takiej mnogości osób, pomysł wydaje się mieć całkiem spory potencjał. Już po małej próbce, jaką otrzymujemy w części pierwszej, widać wyraźnie, że bohaterki są różne i mają nie tylko indywidualną historię, ale też zestaw charakterystycznych cech. Jeśli to właśnie one mają być kluczem do całej zagadki i główną osią opowieści, sukces jest gwarantowany.

Jeśli chodzi o treść książki – również pod tym względem nie mam jej czego zarzucić. Już od pierwszej strony wciągnęłam się w opowieść, mimo że teraz, z perspektywy czasu, proporcje fabularne wydają mi się nieco zaburzone. Gdy szukałam jednego z fragmentów, zauważyłam, że wstęp do głównych wydarzeń był dość długi, natomiast zakończenie bardzo krótkie, jednak podczas lektury zupełnie tego nie odczuwałam. Warto też pamiętać, że powieść będzie rozłożona na większą liczbę tomów i to w ich kontekście należy rozpatrywać ogólne wyważenie fabuły. W Wielkim błękicie autorce udało się wyrównać proporcje pomiędzy wprowadzeniem czytelnika w nowy świat, a nadaniem akcji dynamizmu; przy tej książce nie ma szans na nudę, bo zawsze znajdzie się jakiś interesujący element, który popchnie czytelnika do dalszej lektury.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o wydaniu. Pod względem wyglądu wewnętrznego książka przypomina te dla młodszego odbiorcy, co może być mylące – mamy tutaj dużą czcionkę i uszlachetnienia na początku rozdziałów, wewnątrz okładki znajdziemy również mapę mórz, a wszystko to robi mniej „dorosłe” wrażenie niż miało to miejsce chociażby w przypadku Pojedynku. Jednak tym, co naprawdę zwraca naszą uwagę, jest okładka – piękna i lekko mroczna syrena, a także połyskujące litery tytułu. Niestety, te ostatnie przegrały starcie z torebką już przy pierwszej podróży i zwyczajnie się wytarły, co chyba nie powinno się stać… Na szczęście nie jest to element, który mógłby zagrozić ogólnej ocenie.

Wielki błękit to książka, która pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Znajdziemy tu wartką akcję, ciekawy pomysł i dobrze skonstruowany świat umiejętnie wpleciony w znaną rzeczywistość. Do tego dochodzi interesująca fabuła i bohaterowie o wielkim potencjale. Czego chcieć więcej? Kolejna część ląduje na mojej liście „do przeczytania” i mam wielką nadzieję na pojawienie się kolejnych.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Lucyna Krzemieniecka – „Z przygód krasnala Hałabały”


Długo zastanawiałam się, skąd w mojej głowie wzięły się i na dobre tam utknęły personalia krasnala Hałabały – wszak jest to imię dość charakterystycznie. Wiedziałam, że pochodzenia tej wiedzy należy upatrywać w dzieciństwie, a moje skojarzenia gnały jednoznacznie w kierunku raczej telewizji niż książek. Kiedy nie znalazłam żadnej dobranocki o tym tytule, zaczęłam wątpić we własną pamięć, ale okazało się, że nie jest z nią tak źle – otóż ja, drodzy państwo, kojarzę Hałabałę z… Domowego Przedszkola! Zaspokoiwszy ciekawość mogłam zabrać się za poznawanie literackiego pierwowzoru.

Czytają książeczkę Lucyny Krzemienieckiej aż trudno uwierzyć, że ma ona 80 lat. Tak, tak, Hałabała po raz pierwszy pokazał się szerszemu gronu odbiorców w roku 1936, co obecnie jest dla nas czasami wręcz kosmicznie odległymi. To właśnie wtedy, w międzywojniu, pewnego pięknego lipcowego dnia powstała „bajka o krasnalu”, jak sama we wstępie określa swoją opowieść autorka. Tę książkę znają nasi dziadkowie, rodzice z dużym prawdopodobieństwem czytali ją jako szkolną lekturę, a i część z nas miała okazję poznać ją w tej czy innej formie w czasach swojego dzieciństwa. Osobiście uwielbiam takie dawne bajki, bo mają swój urok, prostotę i czas, których często brakuje tym współczesnym.

Z przygód krasnala Hałabały to w istocie książka prosta, przekazująca dzieciom informacje na temat natury (zmienności pór roku, świata roślin i zwierząt), ale też prostych sytuacji życiowych. Znajdziemy tu 9 krótkich opowieści, a w każdej z nich tytułowy bohater ma do wykonania jakieś zadanie związane z interakcją z pozostałymi mieszkańcami okolicy – a to trzeba pomóc wiewiórce w odnalezieniu orzechów, a to krasnal postanawia wybrać się za morze wraz z sójkami... Opowieści są krótkie, nieskomplikowane i naprawdę urocze, a przy tym daleko im do przesady znanej z wielu współczesnych bajek. Całość opisana jest bardzo przyjemnym stylem – prozą z lekkim rytmem rymu – dzięki któremu opowiadania świetnie nadają się do czytania na głos. Myślę, że te proste, życiowe scenki mają wszelkie walory, by spodobać się dzieciom, a dla rodziców stanowią doskonały początek do rozmowy o zachowaniach poszczególnych postaci. Poza tym dzisiaj, w czasach gdy dzieci mają coraz mniejszą styczność z przyrodą, lasem czy chociażby parkowymi alejkami, bajka ta w jakiś sposób przybliża im ten bardzo ważny świat natury.

Dodatkowo opowieść ubogacają proste, minimalistyczne rysunki Zdzisława Witwickiego (tego pana od wróbelka Elemelka, którego również niesamowicie przyjemnie wspominam). Cieszę się, że wydawnictwa decydują się na wznowienia takich opowieści i że nie odbierają im ich dawnej, charakterystycznej formy. Dzięki temu wiele osób może przypomnieć sobie własne dzieciństwo, ale też przekazać dalej to, co samemu tak doskonale pamięta.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Nasza Księgarnia.

niedziela, 7 lutego 2016

Éric-Emmanuel Schmitt – „Zazdrośnice” [recenzja przedpremierowa]

Możecie mi wierzyć lub nie, ale jak dotąd praktycznie nie miałam styczności z prozą Schmitta (nie liczę drobnego epizodu z przeczytaną na kolanie książką Oskar i pani Róża, który miał miejsce w moim życiu dobrych kilka(naście) lat temu i którego właściwie nie pamiętam). Słyszałam wiele dobrego o tekstach autora, swego czasu chodził za mną Przypadek Adolfa H., ale koniec końców nigdy nie wpadło mi w ręce nic spod jego pióra. Nie wiem, czy Zazdrośnice były najlepszym wyborem na początek, bo wywołały we mnie sporo sprzecznych odczuć, ale o tym opowiem za chwilę.

W tej niepozornej, bo nieco ponad 130-stronicowej, książeczce aż roi się od bohaterów. Narrację obserwujemy z perspektywy czterech młodych kobiet, które są przyjaciółkami. Każda z nich jest inna, mają różne wzorce związków partnerskich, ale wszystkie stoją właśnie u progu dorosłości. W ich relację wkrada się pozornie prozaiczny problem zdrady i zazdrości – jedna z nich zaczyna korespondować z byłym partnerem innej. Od tej pory rozpoczyna się lawina uczuć i emocji, a wszystkie relacje zostają wystawione na naprawdę ciężką próbę.

Opisywana przez Schmitta sytuacja obrazuje pewną skrajność. Trzeba to sobie jasno powiedzieć – autor wyolbrzymia tu i zdarzenia, i reakcje, choć mnie osobiście nie przeszkadza to jakoś szczególnie, bo akurat hiperbolę jako zabieg literacki bardzo lubię. Dużo większy problem mam z tym, czego właściwie można się z tej książki dowiedzieć. Znacznie lepiej pasowałby tytuł Krótka rozprawa o zazdrości, czy coś w tym stylu, bo tak naprawdę owo uczucie jest tu jedynym dobrze nakreślonym bohaterem. Na 130 stronach nie ma miejsca na dobre poznanie aż czterech osób, nie ma też pola na dobre i odpowiednio wnikliwe poprowadzenie fabuły. To po prostu ciąg bardzo szybko następujących po sobie zdarzeń, w dodatku ukazanych w sposób fragmentaryczny, bo za pomocą przerywanej, przeplatanej narracji. Niestety, forma zawiodła kompletnie, bo zmiana perspektywy co kilka, kilkanaście zdań na dłuższą metę była dla mnie po prostu męcząca. Fabuła, mimo że dynamiczna, nie była w stanie do końca mnie zainteresować. Jedyne pole, na jakim sprawdza się ta historia, to wspomniana już opowieść o zazdrości – moim zdaniem uczucie zostało ukazane autentycznie i w pewien sposób „żyło swoim życiem” na kartach tej powieści.

Tak jak wspomniałam na początku – nie wiem, czy słusznie sięgnęłam po tę powieść jako pierwszą, ale z pewnością pokazała mi ona sporo zalet autora dobrze rokujących na przyszłość. W Zazdrośnicach widać wyraźnie wrażliwość Schmitta i umiejętne odwzorowanie emocji, a także pomysłowość zarówno pod względem fabuły, jak i formy. Zazdrośnice to powieść przesadzona i wyolbrzymiona, a przez to momentami bardzo surrealistyczna, nie ma też co liczyć na świetną fabułę i pełnokrwistych bohaterów. A jednak jestem przekonana, że opowiedziana tu historia pozostanie w mojej głowie znacznie dłużej niż wiele innych, pozornie bardziej wciągających książek. Myślę, że przy następnej okazji sięgnę po któryś z dłuższych tekstów autora, żeby zobaczyć jego możliwości w pełnej krasie.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 17 lutego!

sobota, 6 lutego 2016

Ava Dellaira – „Kochani, dlaczego się poddaliście?”

Zanim sama sięgnęłam po tę książkę, czytałam wiele opinii na jej temat – fabuła wydała mi się oryginalna, a treść, choć smutna, bardzo interesująca. Zainteresowałam się tytułem i bardzo się ucieszyłam, gdy odkopałam go w promocyjnym koszu, jednak w żadnym stopniu nie byłam gotowa na to, co przyniesie mi lektura.

Główna bohaterka, Laurel, przechodzi bardzo trudny moment w życiu – niedawno zmarła jej siostra, rodzice się rozstali, a ona sama rozpoczęła naukę w liceum. Zahukana, wycofana i kompletnie nie dająca sobie rady dziewczyna pewnego dnia otrzymuje na języku angielskim zadanie – ma napisać list do kogoś nieżyjącego. W ten sposób rozpoczyna się jej droga do zmiany odbywającej się powoli i stopniowo poprzez kolejne wiadomości, których adresatami są zmarli, głównie gwiazdy muzyki. Ich zestawienie stanowi w pewien sposób pamiętnik dziewczyny i obejmuje wszystkie sfery jej życia – rodzinną, szkolną, społeczną i emocjonalną.

Podstawową sprawą związaną z tą książką jest klimat – to naprawdę bardzo smutna opowieść. Laurel zmaga się z wieloma problemami i nie wszystkie są charakterystyczne dla jej wieku, przez co znacznie trudniej jest nam je przyjąć i pogodzić się z ich obecnością. Bohaterka musi zmierzyć się z traumą, jaką jest śmierć kogoś bliskiego, której była bezpośrednim świadkiem; konieczny jest tu niezaburzony proces żałoby. Jako nastolatka dziewczyna wymaga zaangażowania rodziców, którzy nie są w stanie wypełniać swoich ról, bo nie tylko się rozeszli, ale także muszą uporać się z własnym bólem po stracie dziecka. Pozbawiona wsparcia Laurel musi sama przecierać swoje szlaki – rozpoczyna nowy szkolny etap, tym razem bez wzoru w postaci starszej siostry, która „to wszystko ma już za sobą” i zawsze służyła jej mniej lub bardziej konkretną radą. Dziewczynie brakuje także kobiecego wsparcia – bez siostry, bez matki, która wyjechała daleko i symuluje kontakt krótkimi telefonami, bez koleżanek, jedynie z ciotką-dewotką, która nie jest żadnym partnerem do rozmowy, Laurel w pewnym momencie zostaje całkiem sama i kompletnie wyobcowana.

Gdzieś w tym wszystkim do głosu dochodzą emocje bohaterki, a wśród całej tej walki z życiem pojawia się wątek miłosny. Nie taki zwykły, nie cukierkowy, nie prosty. To właśnie relacja Laurel i Sky’a wywołała we mnie najwięcej emocji, bo dawno nie miałam do czynienia z tak trudnymi okolicznościami dla rozwoju romansu w książce. Wydawać by się mogło, że Laurel ma dość problemów i nie w głowie jej związki, jednak emocje i potrzeba posiadania kogoś bliskiego biorą górę; w rezultacie czytamy o niełatwej relacji poobijanych, młodych ludzi, którzy szukają wspólnego pola na naprawdę trudnym gruncie. To dla nich czas pierwszych trudnych decyzji – chronić kogoś kochanego, czy siebie?

Chciałabym jeszcze wspomnieć o oryginalnej konstrukcji książki – całość jest zestawieniem kolejnych listów Laurel. Miałam pewne obawy przed taką niecodzienną formą, okazało się jednak, że nie ma to wielkiego wpływu na odbiór opowieści. Na początku, gdy jeszcze mało wiadomo o szczegółach sytuacji bohaterki, lektura nieco mi się dłużyła, jednak była to raczej kwestia fabuły niż konstrukcji; na szczęście z czasem wszystko nabrało normalnego tempa, a bohaterka, która początkowo stosowała wiele tematów zastępczych, zaczęła mówić coraz bardziej wprost o swoich odczuciach i sytuacjach, w jakich się znalazła.

Choć nastawiałam się do książki pozytywnie, nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba. Opowieść naprawdę mnie wciągnęła, świat Laurel zrobił na mnie duże wrażenie, a cała historia zafundowała mi wiele emocji. Moim zdaniem to świetna, przemyślana książka, która umiejętnie pokazuje, w jaki sposób nastolatkowie radzą sobie z trudnymi sytuacjami i jaki złożony oraz chaotyczny jest ich świat. Na pewno jeszcze wrócę do tej opowieści i Wam również mogę ją polecić.


piątek, 5 lutego 2016

Katarzyna Grochola – „Ja wam pokażę!”, „A nie mówiłam!”

Jakiś czas temu pisałam Wam o nowej kolekcji książek Katarzyny Grocholi. Na początek na rynek weszły dwa tomy, a w nich cztery książki, czyli cały cykl Żaby i Anioły, najsłynniejsza chyba opowieść autorki. Tym razem miałam okazję nie tylko wrócić do znanej historii, ale też w końcu poznać jej zakończenie – jak dotąd miałam za sobą tylko trzy części i z wielką radością przyjęłam możliwość poznania ostatniej.

W drugiej połowie cyklu Judyta jawi się jako kobieta do bólu stereotypowa – jej zachowania są kompletnie przerysowane, wręcz karykaturalne. Bohaterka nigdy nie mówi, o co jej chodzi, ma kosmiczne wręcz humory, absolutnie wszystkim się zamartwia, a umiejętność szukania dziury w całym wyniosła wręcz do rangi sztuki. Na szczęście (i to zdecydowanie ratuje te książki), autorka zdecydowała się zrównoważyć zachowanie postaci dystansem i humorem. Widać wyraźnie, że to wszystko nie jest na serio, że to tylko ważna i użyteczna kalka; dzięki zabawnym elementom wiemy, że działania autorki w konstrukcji postaci są po prostu celowe.

Co ciekawe, jest to cykl który nie traci wraz z kolejnymi tomami. Oczywiście, jeśli już na początku się Wam nie spodoba, następne części prawdopodobnie tylko Was zdenerwują, jednak wiele osób, które lubią tę opowieść, wskazuje, że z każdą odsłoną jest coraz lepiej. Sama zauważyłam wyraźną poprawę warsztatu autorki, a także coraz lepiej wypadającą fabułę. Gdybym miała wybierać, moją ulubioną częścią jest zdecydowanie ta ostatnia – nie ma tu popularnego syndromu ostatniego tomu, czyli łączenia wątków na łeb na szyję; to po prostu należyte zakończenie całej tej opowieści.

Myślę, że cykl Żaby i anioły można polecić kobietom w każdym wieku, a na pewno takim, które lubią opowieści lekkie, łatwe i przyjemne. Wiem, że wielu z Was nie przypadł on do gustu, jednak mnie akurat odpowiada – zarówno humor, jak i styl Katarzyny Grocholi jest dla mnie przyjemny w odbiorze i pozwala mi na odprężenie i relaks, którego szukam w takiej właśnie literaturze. Poza tym nie ukrywam, że darzę tę opowieść sentymentem – zarówno książki, jak i filmy, to dla mnie symbole poznawania współczesnej, kobiecej literatury i może też dlatego tak wiele jestem w stanie tej opowieści wybaczyć. Lubię powiesci, które niczego nie udają i nie aspirują do miana arcydzieł – tu mamy po prostu czytadło, które ma za zadanie umilić nam jeden-dwa wieczory. W tym zakresie sprawdza się doskonale.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

czwartek, 4 lutego 2016

Victoria Scott – „Ogień i woda”

Do czego może posunąć się człowiek w obronie życia i zdrowia tego, kogo kocha? Tella Holloway, choć ma dopiero szesnaście lat, oddałaby wiele, aby jej brat wrócił do pełni sprawności sprzed choroby. Gdy w jej ręce trafia tajemnicza paczka, a w niej nadajnik informujący o zaproszeniu do wyścigu, w którym stawką jest lek na dowolną chorobę, dziewczyna nie waha się ani chwili – pod osłoną nocy wymyka się z domu i wyrusza w nieznane, nie do końca świadoma tego, na co tak naprawdę się decyduje.

Podoba mi się pomysł na tę książkę, bo, chociaż wykorzystuje pewne elementy książek z gatunku young adult, to nie jest rażącą kalką, która odebrałaby nam przyjemność z czytania. Cała historia bazuje na opowieści o współczuciu, poczuciu winy i miłości, która popycha nas do działań, o które nikt by nas nie posądzał, jednak w Wyścigu ramię w ramię idą zarówno młodsi, jak i starsi bohaterowie, a sam świat również wykreowany jest dość oryginalnie. Każdemu z uczestników towarzyszy pandora – unikatowy, stworzony specjalnie na tę okazję zwierzak, który posiada specjalne umiejętności i jest zaprogramowany dokładnie i wyłącznie do pomocy swojemu zawodnikowi. Plejada pandor i ich umiejętności jest naprawdę szeroka, a ich obecność przynosiła mi skojarzenia z Pokemonami.

Skoro już jesteśmy przy skojarzeniach – atmosfera książki przywodziła mi w pewnym sensie na myśl Więźnia Labiryntu – wiecie, poczucie niesprawiedliwości i zagrożenia związane z tym, że ktoś (nie wiadomo kto) organizuje uczestnikom piekielną rywalizacje zamiast po prostu udzielić im pomocy. Choć w przypadku „Ognia i wody” dostajemy część informacji na temat kulisów Wyścigu, wciąż nie wiemy wszystkiego, co dodatkowo podsyca naszą ciekawość. Sama rywalizacja wydała mi się z kolei mniej brutalna niż w przypadku większości czytanych dotąd powieści z gatunku YA, choć w oczywisty sposób zyskała na sile wraz ze śmiercią pierwszego uczestnika. Bardzo łagodnie wypadły również zachowania bohaterów. Zdziwiłam się, że tak duża grupa osób tak łatwo przystosowała się do tak trudnych warunków. Całodzienne marsze, brak wody, jedzenie węży, ciągłe poczucie zagrożenia – to tylko niektóre z niedogodności, które musieli znosić uczestnicy Wyścigu, tymczasem próżno szukać z ich ust jakiegokolwiek słowa skargi, co jest po prostu nienaturalne. Owszem, można to tłumaczyć wysoką motywacją, jednak w umyśle jedynej uczestniczki, którą obserwujemy dokładnie, takie refleksje pojawiają się naprawdę bardzo, bardzo późno.

Pod względem konstrukcji powieść również przypadła mi do gustu. Książkę czytało się płynnie, bez większych zgrzytów i naprawdę bardzo szybko ze względu na dynamiczną akcję. Wydarzenia, które są przedmiotem opowieści, zostały opisane należycie, bez zbędnego pochylania się nad szczegółami, co sprawia, że całość jest naprawdę wciągająca. Język autorki również jest przyjemny. Spodobał mi się pomysł na tę książkę, a także fakt, że wątek miłosny (tak, tak, to było konieczne w powieści YA) został poprowadzony tak, a nie inaczej – subtelnie, a przede wszystkim bez trójkąta i niekończącego się paplania o własnych rozchwianych emocjach podczas realnego zagrożenia życia. Jedyne co mogę zaliczyć na minus to sceny walk między pandorami – muszę przyznać, że należę do osób, które trudniej znoszą cierpienie zwierząt i ludzi, zarówno w filmach, jak i książkach, więc wolałabym, aby to bohaterowie stanęli do walki, a nie zasłaniali się swoimi pomocnikami. Na szczęście nie były to fragmenty stanowiący główną oś książki i pojawiały się relatywnie rzadko.

Czy mogę polecić tę książkę? Z czystym sumieniem, bo wypada naprawdę doprze na tle innych przedstawicieli gatunku, głównie ze względu na pomysł i odejście od pewnych sztampowych schematów YA. Osobiście czekam z niecierpliwością na kolejną część (premiera już 17 lutego!), bo jestem ciekawa, jakie rozwiązania fabularne przygotowała dla nas autorka. Mam nadzieję, że będę usatysfakcjonowana!





Za wspaniałą przygodę z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu IUVI.

środa, 3 lutego 2016

Karen Thompson Walker – „Wiek cudów”

Apokalipsa może przyjmować bardzo różne oblicza. Wiele napisano już na temat wojen, katastrof nuklearnych i nieokiełznanych żywiołów, które miałyby w spektakularny sposób zmieść ludzkość z powierzchni ziemi – to krwawe i przerażające scenariusze. Jednak co by się stało, gdyby zachwiana została równowaga w jednym z tak stałych i istotnych elementów naszego życia, jakim jest czas? Zamknęliśmy go w ramach, które ujednoliciliśmy i dostosowaliśmy do naszych potrzeb; jest nam niezbędny do wykonywania wszystkich codziennych czynności. Jednak tak naprawdę nie jest ani naszą własnością, ani poddanym, a wszelkie rządzące nim reguły są tylko złudzeniem.

Karen Thompson Walker serwuje nam zupełnie inną apokalipsę niż te, do których przywykliśmy na przestrzeni lat – znacznie bardziej subtelną i delikatną. W wykreowanym przez nią świecie coś zaczyna się dziać z Ziemią, a mianowicie jej obrotem, w wyniku czego doba stopniowo się wydłuża. Na początku zmiany są niezauważalne, jednak z czasem ich skala gwałtownie się rozszerza; im dalej, tym skutków jest więcej, tym bardziej, że zjawisko stale postępuje. Ludzkość staje przed koniecznością globalnego przeorganizowania zasad, które jak dotąd zapewniały ład na świecie, a do kwestii logistycznych dochodzą problemy z narastającą paniką ludzi. Opowieść poznajemy jednak stopniowo i bez większego pośpiechu.

Historię obserwujemy oczami nastoletniej dziewczyny i już ten fakt nadaje jej pewnej specyfiki – spojrzenie dziecka zawsze będzie inne niż dorosłego. Tak jak już wspomniałam, opowieść jest niesamowicie subtelna i delikatna, brak w niej wielu skrajności, które przez pozostawiane wrażenie są tak popularne w gatunku apokalipsy i post-apokalipsy. Choć pojawiają się przykłady ogarniającego świat chaosu, główną osią historii są raczej wątki obyczajowe i towarzyszące im emocje – autorka świetnie pokazała, jak gdzieś na świecie (a raczej w bardzo wielu jego miejscach) obok globalnych tragedii rozgrywają się te mniejsze, prywatne ludzkie dramaty. Pomiędzy refleksją na temat czasu a myślą dotyczącą społeczeństwa widzimy pewną stałość, elementy świata, które pozostały niezmienne – młodych ludzi odkrywających urok pierwszej miłości, która na przerażającym tle wydaje się być jeszcze bardziej niewinna niż zazwyczaj.

Ta niepozorna, krótka książeczka kryje w sobie bardzo dużo różnorodnych wątków – nie są one może dokładnie opisane, ale dzięki temu nie narzucają czytelnikowi stanowiska, a jedynie zachęcają do przemyśleń. Wiek cudów to w pewnym sensie opowieść o ludzkiej ekspansji, stawiająca człowieka w pozycji uważającego się za pana świata, podczas gdy ów świat bezwzględnie sobie z niego drwi. Bohaterowie powieści zadają sobie pytania, na ile trudna sytuacja może być skutkiem ich własnych działań, jednak robią to zdecydowanie za późno – zmiany, jakie zaszły w funkcjonowaniu Ziemi, są nieodwracalne i brzemienne w skutkach. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie przewidzieć, do czego może doprowadzić rozwój przemysłu i nieustanna eksploatacja naszej planety, a apokaliptyczne wizje nierzadko są dla nas przestrogą, aby nieco bliżej przyjrzeć się temu tematowi.

Drugą ważną myślą płynącą z książki jest refleksja nad kruchością zasad, które regulują nasze życie. Stworzyliśmy szereg norm i ograniczeń, ram, które miały nam zapewnić bezpieczeństwo, jednak w obliczu niespodziewanego zagrożenia to właśnie zasady zdają się upadać jako pierwsze. Gdy zabrakło jasnych wytycznych jak postępować, gdy zachwiał się jeden z ważniejszych dogmatów świata dotyczący stałości doby, społeczeństwo bardzo szybko się podzieliło, a różnice poglądów przerodziły się w otwarty konflikt. Wiek cudów ciekawie obrazuje mechanizmy rządzące grupą, zasadę „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”, a także bezradność, jaka towarzyszy ludziom, gdy tracą fundamenty poczucia stabilności. Odnajdziemy tu wiele skrajnych, ale też bardzo autentycznych postaw i zachowań.

Patrząc na książki tak niepozorne jak Wiek cudów nie spodziewamy się fajerwerków, a jednak, jak widać, warto po nie sięgać. Opowieść Karen Thompson Walker jest nie tylko oryginalnym spojrzeniem na temat apokalipsy, ale też dobrym, wielowymiarowym przyczynkiem do refleksji. Z wielką radością odkrywałam tę subtelną opowieść i cieszyłam się każdym kolejnym słowem. Temat książki, z jednej strony tak odległy, momentami wydawał mi się bardzo autentyczny i w ten sposób także przerażający, a to główne odczucie, jakiego oczekuję po apokaliptycznych klimatach. Niesamowicie cieszę się, że mogłam poznać tę opowieść.





Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.